Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Jadowity tatuś

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku
Bogumiła Rzeczkowska

Jadowity tatuś

Bogumiła Rzeczkowska

Słupsk, czerwiec 1991. Tata wyjmuje z kieszeni dwa ciasteczka. - No harcerze, chcecie być silni i zdrowi? Ence-pence w której ręce? - wyciąga zamknięte dłonie do synów. A potem upewnia się, czy chłopcy zjedli markizy. Gorzkie i trujące. Takie jak miłość tatusia. Ale trujący łańcuszek zbrodni pękł, bo mordercze plany pokrzyżował sam papież Jan Paweł II...

Klaudiusz Tkaczyński jest poszukiwany listami gończymi i nakazem doprowadzenia wydanymi przez Sąd Okręgowy w Słupsku i Sąd Rejonowy w Człuchowie, między innymi za przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu. W maju 2007 roku Sąd Okręgowy w Słupsku wydał Europejski Nakaz Aresztowania.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku Ścigany Klaudiusz Tkaczyński.

Klaudiusz Dominik Tkaczyński, syn Tadeusza i Marii, urodzony 20 grudnia 1956 roku w Łodzi; oczy piwne, włosy ciemne, bez znaków szczególnych, może mieć krótko przystrzyżoną brodę. Ostatni adres zameldowania: Słupsk, ul. Krzywa 23c/2. Osoby, których informacje mogą przyczynić się do zatrzymania poszukiwanego, policja prosi o osobisty kontakt z wydziałem kryminalnym lub dyżurnym KMP w Słupsku, lub telefonicznie pod numerami 0 59 848 05 08, 0 59 848 03 48, 997 albo 112, czy też z najbliższą jednostką policji.

Tkaczyński został skazany na karę łączną 7 lat więzienia oraz 10 lat pozbawienia praw rodzicielskich za to, że w czerwcu 1991 roku, działając z zamiarem spowodowania u własnych synów choroby zagrażającej życiu, wywołał u nich ostre zatrucie organizmu.

Tkaczyński miał wyjść z więzienia 7 maja 1999 roku. Stało się to wiele wcześniej. 2 sierpnia 1994 roku Zakład Karny w Czarnem poinformował sąd, że skazany nie wrócił z tzw. przepustki nagrodowej. Otrzymał ją w niecały rok po uprawomocnieniu się wyroku. Pierwszy list gończy za skazanym wysłano 23 września 1994 roku. Poszukiwania kilkakrotnie ponawiano, ale policji nie udało się wytropić uciekiniera.

Z kary 7 lat pozbawienia wolności Tkaczyńskiemu pozostały do odbycia 4 lata, 9 miesięcy i 5 dni. Przedawnienie wykonania orzeczonej wobec skazanego kary nastąpi 19 sierpnia 2023 roku.

Jadowity tatuś

Tata wyjmuje z kieszeni dwa ciasteczka. - No harcerze, chcecie być silni i zdrowi? Ence-pence w której ręce? - wyciąga zamknięte dłonie do synów. A potem upewnia się, czy chłopcy zjedli markizy. Gorzkie i trujące. Takie jak miłość tatusia. Ale trujący łańcuszek zbrodni pękł, bo mordercze plany pokrzyżował sam papież Jan Paweł II...

5 czerwca 1991 roku. Słupsk żyje swoim życiem. Na ulicach handlarze wystawiają towar zza zachodniej granicy, a na dwie puszki dostępnej w sklepach coca-coli wystarcza 7 tysięcy złotych (dzisiaj to 70 groszy!).

- Trujące ciasteczka! Ta sprawa była wyjątkowa w Słupsku - przypomina sobie sędzia Andrzej Cyganek.

Po latach wracamy do niej nie bez powodu. Ojciec, oskarżony o próbę otrucia dwóch synów, ostatecznie skazany na 7 lat więzienia za spowodowanie u dzieci choroby, która zagrażała ich życiu, do dzisiaj nie odpokutował za swoje winy. Wtedy Klaudiusz Dominik Tkaczyński miał 35 lat. Z domu wyprowadził się już w 1987 roku. Dwa lata później rozwiódł się z żoną. Od czasu do czasu widywał synów. Płacił alimenty, choć miał pretensje do żony, że żąda ich podwyższenia. Zazdrość przyszła, gdy kobieta znalazła przyjaciela, którego na dodatek jego synowie obdarzyli sympatią. Tkaczyńskiemu nie wiodło się w działalności gospodarczej. Zaczął się spóźniać z alimentami, w końcu nagromadziły się zaległości.

Na tropie atropiny

W południe 13-letni Oktawiusz i 8-letni Klaudiusz (imiennik ojca) zjedli obiad w szkolnej stołówce. Po czternastej przed szkołą zjawił się ojciec.

„Zdecydował się otruć obu chłopców. W tym celu przygotował dwa ciastka, przypominające wyglądem popularne markizy, ale składające się z trzech herbatników, między którymi znajdowała się masa, nasączona silnie trującą atropiną - ustalił sąd. - Tkaczyński dał starszemu synowi pieniądze, by do popicia gorzkich ciastek kupił dwie puszki coli".

Akta w sprawie zatrucia synów.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Fot. Internet Wdzięcznie wyglądający kwiat od starożytności był znany ze swoich właściwości.

Jak do tego doszło?

- Brat wziął ciastko i poszedł z dziećmi i panią świetliczanką na wycieczkę do Baszty Czarownic - opowiadał sądowi Oktawiusz.

- Ja chciałem grać piłkę, ale tata powiedział, żebym najpierw zjadł ciastko. Zjadłem je i pożegnałem się z tatą. On poszedł do domu, a ja grać w piłkę. Pograłem z pięć minut i zaczęła mnie boleć głowa. Po piętnastu minutach zrobiło mi się słabo. Spotkałem brata. Też czuł się źle. Poszliśmy do domu. Na pierwszym piętrze nie mógł już iść. Niosłem go na górę.
Trucizna zaczęła działać. Chłopcy czuli suchość w ustach, wymiotowali, byli niespokojni, mieli nieskoordynowane ruchy. Oktawiusz zwymiotował na ręcznik. Na szczęście matka wróciła z pracy i starszy syn zdążył opowiedzieć jej, co tego dnia jedli i czym tata ich poczęstował.

- Oktawiusz powiedział mi, że na obiad w szkole jadł zupę, ziemniaki i mięso, ale po obiedzie po lekcjach, około 14.30 przyszedł do szkoły ich ojciec. Dał im do zjedzenia ciastka w polewie czekoladowej. Syn mówił, że ciastka były gorzkie. Powiedział ojcu, że nie chce ich jeść, ponieważ są niesmaczne. Wtedy jego ojciec zachęcał go do tych ciastek, twierdził, że on sam zjadł ich sześć sztuk i dobrze się czuje, bo to ciastka na wzmocnienie - zeznawała matka chłopców.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Fot. Krzysztof Piotrkowski Szkoła w Słupsku, do której chodzili chłopcy.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Fot. Krzysztof Piotrkowski Ojciec przyszedł po dzieci pod szkołę.

Gdy jej synowie zaczęli tracić przytomność, wezwała pogotowie. W szpitalu wykonano im płukanie żołądków i poddano intensywnym zabiegom ratującym życie. Lekarze stwierdzili zatrucie. Matka wróciła do domu i przeszukała rzeczy chłopców. Nie znalazła żadnych opakowań po lekarstwach. Skontaktowała się z byłym mężem i zażądała od niego wyjaśnień. Zapytała o ciastka.

- Sam zjadłem sześć sztuk i jakoś mi nie zaszkodziły - odpowiedział, przyznając, że był przed szkołą. Stan chłopców jeszcze następnego dnia był ciężki.

Ślina, maszyna i Marsylia

Tymczasem trzy dni po zatruciu na adres żony Tkaczyńskiego przyszedł anonim. Adresatem listu był jej przyjaciel - Mirosław S., były milicjant.

„Chociaż zdjąłeś niebieskie milicyjne wdzianko, dla mnie pozostałeś kanalią. Nadszedł czas zapłaty za krzywdę mojej siostry. Przez ciebie nie może mieć dzieci, to i ty teraz nie będziesz ich miał. Wilcze jagody z naszego lasu potrafią czynić cuda. Jednym psują, a drugim poprawiają humor. Kara, chociaż nierychliwa, ale sprawiedliwa".

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku Akta w sprawie zatrucia synów.

Jednak badania śliny z koperty, w której był list i próby identyfikacji maszyny do pisania nie rozstrzygnęły, czy autorem i nadawcą jest Klaudiusz Tkaczyński. Natomiast zeznania świadków i badania toksykologiczne wykazały, że chłopców o mało nie zabiła atropina, a wszystko wskazywało na to, że nasączono nią ciastka. Te od taty. Tkaczyński został przesłuchany jako podejrzany w październiku, ale nie został aresztowany. Następnego dnia... wyjechał do Francji. Po przymusowym powrocie tłumaczył, że chciał wrócić po kilku tygodniach, ale za granicą został pobity i okradziony, leczył się w szpitalu, a później pracował w Marsylii. Tam jednak na pół roku trafił do więzienia za kradzież. W maju 1992 roku został deportowany do Polski. Dopiero wtedy aresztowano go pod zarzutem usiłowania zabójstwa synów.

- Kochałem i kocham swoje dzieci - zapewniał, wypierając się zbrodni.

Poszlaki pokrzyku

Pod koniec października 1992 roku do sądu trafił akt oskarżenia. Tkaczyńskiemu zarzucono usiłowanie zabójstwa synów.
- Oskarżony w wyjaśnieniach stwierdził, że żaden z synów nie mówił o tym, że ciastka są gorzkie, dodając, że nie zmuszał żadnego z synów do zjedzenia ciastka. Zaprzeczył, aby podawał synom zatrute ciastka - napisał prokurator. - Bezspornym jest, że dzieci zostały zatrute środkami chemicznymi. Atropina została podana drogą doustną. Ilość podanej każdemu z chłopców atropiny była dawką śmiertelną. Szybka pomoc lekarska uratowała pokrzywdzonym życie. Z opinii biegłego wynika, że atropina podana doustnie działa bardzo szybko. Pierwsze objawy działania tego specyfiku występują już po upływie od kilkunastu do 30 minut od spożycia.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku Rysunek ciasteczka.

Na podstawie czasu wystąpienia objawów wykluczono zatrucie w stołówce. Poza tym inni uczniowie nie zachorowali.

- Stwierdzić zatem należy, iż atropina mogła być podana dzieciom tylko w ciastkach i to przez oskarżonego. Faktem jest, że nie zdołano ustalić sposobu zatrucia ciastek atropiną. Jednakże nieprawdziwe są wyjaśnienia oskarżonego, który stwierdził, że z zakupionych ciastek zjadł sześć i nie stwierdził u siebie żadnych objawów zatrucia. Nie do przyjęcia jest teza, iż ciastka zostały zatrute przez osobę sprzedającą. Wprowadzenie atropiny do oryginalnie zapakowanych ciastek - w takiej ilości jak ustalono - musiałoby spowodować zatrucie pozostałych ciastek, a zatem zatruciu musiałby ulec oskarżony. Oskarżony wiedział, że ciastka są gorzkie i dlatego polecił starszemu synowi zakupienie napoju do popicia. Oskarżony wiedział, że podaje dzieciom ciastka nasączone atropiną, której ilość może spowodować ich zejście śmiertelne. Zamiar pozbawienia życia nie został zrealizowany wyłącznie dlatego, że dzieciom udzielono szybkiej pomocy lekarskiej.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku "Ciasteczka były oryginalnie opakowane" - wyjaśniał oskarżony.

Także sąd nie uwierzył Tkaczyńskiemu. Sprawa miała charakter poszlakowy, bo nie było bezpośrednich dowodów winy, ale... Atropiny na pewno nie było w potrawach ze szkolnej stołówki, bo innych przypadków zatruć nie stwierdzono. Objawy wystąpiły zaraz po spotkaniu z ojcem. Tkaczyńskiemu bardzo zależało, by ciastkami poczęstować obu synów. Kazał nawet starszemu zawołać brata.

- Tata wyjął ciastka z kieszeni. Nie widziałem opakowania. Mówił, że ciastko jest gorzkie, bo ma dużo witaminy B - zeznał Oktawiusz. - A gdy zjadłem, powiedział: „Ciasteczko mamy z głowy".

Ojciec upewnił się też, że i mały Klaudiusz zjadł ciastko, bo wypytywał go to, gdy chłopiec wracał z wycieczki. Nie wiadomo, czy chłopcy dostali wilczą jagodę czy truciznę pochodzenia farmakologicznego.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku "Prostokątne wielkości pudełka od zapałek przekładane masą karmelową" - oskarżony narysował ciasteczka.

- Ciastko składało się z czterech herbatników i między nimi były trzy brązowe masy. Ja pamiętam, że tata wyjmował ciastka z kieszeni. Nie były w nic opakowane. Ciastko było gorzkie. Ja je zjadłem, bo myślałem, że będę bardzo zdrowy i silny. Tak myślałem, bo tak mi tata powiedział. Ja jadłem ciastko i popijałem colą - opowiadał na przesłuchaniu mały Klaudiusz. - Ciastko zjadłem sam, tylko coli dałem się napić koleżance Kamili. Kamila czuła się dobrze, bo ja zachorowałem po ciastkach, a nie po coli.

- Gorzki smak ciastek odpowiada właściwościom atropiny, której gorycz jest wyrazista, zwłaszcza z jagód - mówił patomorfolog. - Chłopcy musieli zażyć 40-50 kropel. To pół łyżeczki. Nasączenie herbatników taką ilością nie jest widoczne, a dawka była tak duża, że chłopcy mogli umrzeć.

Sąd wziął też pod uwagę anonim zaadresowany do Mirosława S., przyjaciela matki.

- Znamiennym w tej sprawie stał się list - uzasadniał sędzia Andrzej Cyganek.

- Autor wysłał go na adres, pod którym adresat nie był zameldowany. Za bliżej nieokreślone przewinienia Mirosława S., jeszcze z czasów służby w milicji, autor zemścił się na dzieciach jego przyjaciółki, trując je wilczą jagodą. Ten policjant miał własne dziecko. Dziwne, że autor anonimu znał numer mieszkania Tkaczyńskich, a nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, na czyich dzieciach dokonuje aktu zemsty.
To była kolejna poszlaka: Tkaczyński chciał obciążyć wymyślonego przez siebie autora anonimu. Następnym argumentem przemawiającym za winą Tkaczyńskiego była ucieczka przed sprawiedliwością - wyjazd do Francji zaraz po przedstawieniu mu zarzutu.

Pielgrzymka wybawieniem

15 marca 1993 roku ówczesny Sąd Wojewódzki w Słupsku ogłosił wyrok. Stwierdził, że Klaudiusz Tkaczyński - życiowy nieudacznik, pod względem rodzinnym i zawodowym, częściowo na utrzymaniu matki - nie akceptował nowego związku żony, rzadko spotykał się z dziećmi, a musiał na nie płacić alimenty.

- W tych okolicznościach zrodził się zbrodniczy zamiar - uznał sąd. - Oskarżony wybrał wyrafinowany sposób pozbawienia swoich dzieci życia. Oktawiusz i Klaudiusz w niczym nie urazili jego ojcowskiej godności, a wręcz darzyli ojca najwyższym zaufaniem, godząc się na zjedzenie gorzkich ciastek, bo zapewniał ich, że będą silni i zdrowi. On natomiast z pełną premedytacją wykorzystał zaufanie i naiwność dzieci. Wybrał dla nich okrutną śmierć - przez otrucie.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku Europejski Nakaz Aresztowania.

„Wilcze jagody z naszego lasu potrafią czynić cuda"... Nawet jeśli nie udowodniono, że te „cuda" Klaudiusz Tkaczyński wystukał na maszynie, to cud rzeczywiście się zdarzył, bo Oktawiusz i Klaudiusz uniknęli śmierci. Cudem - tak mówili lekarze. Tylko dzięki szybkiej reakcji matki dzieci znalazły się w szpitalu. Ojciec znał doskonale działanie atropiny i wybrał najodpowiedniejszy moment, by zadziałała śmiertelnie. Przed szkołę poszedł, gdy dzieci skończyły lekcje i były już bez nadzoru nauczycieli, ale jeszcze bez opieki matki. Kobieta, zatrudniona w stołówce policyjnej, w czasie pory obiadowej miała najwięcej pracy.

- Jednak krytycznego dnia wróciła do domu wyjątkowo wcześnie - napisał w uzasadnieniu wyroku sędzia Andrzej Cyganek. - A to w związku z wizytą papieża w Koszalinie, gdzie wyjechała większość policjantów, korzystających zwykle ze stołówki.

Za każdego z synów Sąd Wojewódzki w Słupsku skazał Klaudiusza Tkaczyńskiego na kary po 8 lat więzienia, łącznie - na 10 lat. Pozbawił ojca też na 10 lat praw rodzicielskich, a praw publicznych - na pięć lat.

Łatwiej o uran

- Nie wydaje mi się, by stwierdzenie anatomopatologa, że atropina jest to środek ogólnodostępny, było dowodem wystarczającym - napisał między innymi w apelacji Tkaczyński. - Mimo wielu prób nabycia ww. specyfiku przez moją matkę i brata celem sprawdzenia owej ogólnodostępności (w okresie wrzesień 1992 - luty 1993) na prawie połowie terytorium naszego kraju odpowiedź otrzymywali zawsze jednakową: ten lek można otrzymać tylko i wyłącznie na receptę. Proszę wybaczyć, ale wydaje mi się, że ogólnodostępność atropiny równa się chyba ogólnodostępności uranu 238, a kto wie, czy uran nie łatwiej u nas kupić. Chciałbym również wiedzieć, jakie to motywy działania przypisuje mi prokurator, bo, Bóg mi świadkiem, ani podczas trwania procesu, ani nigdy wcześniej czy później nie zdołałem uzyskać odpowiedzi na to pytanie, a mnie samemu żaden, nawet najgłupszy powód nie przychodzi do głowy.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku Materiały z akt sprawy.

Na brak ustalenia pobudek działania wskazał też w apelacji obrońca, który domagał się uniewinnienia lub zwrotu sprawy do ponownego rozpoznania.

- Zdaniem obrony sąd pierwszej instancji nie ustalił motywu, pobudek działania, jakie by mogły skłonić oskarżonego do popełnienia zarzucanego mu czynu - napisał w apelacji adwokat Henryk Rybka. - Ustalenie motywu jest konieczne z uwagi na charakter przestępstwa - usiłowanie otrucia dzieci przez własnego ojca, i to z premedytacją.

Zdaniem obrońcy, Sąd Wojewódzki błędnie ustalił motywy działania - kłopoty finansowe, obowiązek alimentacyjny w stosunku do dzieci i brak akceptacji związku byłej żony z innym mężczyzną.

Adwokat wskazał też na opinie biegłych lekarzy psychiatrów, którzy stwierdzili u Tkaczyńskiego deficyt uczuciowości wyższej, objawiający się w słabej więzi emocjonalnej z innymi bliskimi osobami, nie tylko dziećmi. Oskarżony był typowym egocentrykiem, więc nie zależało mu na życiu prywatnym byłej żony. Z opinii psychiatrycznej wynika też, że wyższy niż przeciętny stopień inteligencji pozwoliłby mu na opracowanie „planu działania", by uniknąć podejrzeń. Tkaczyński nie kwestionował, że podał dzieciom markizy kupione na targowisku. Jednak nie działał z wyrachowaniem, bo gdyby rzeczywiście chciał otruć dzieci, wybrałby inną truciznę, której działanie nie jest takie szybkie jak atropiny, a to pozwoliłoby na uniknięcie podejrzeń. Tymczasem dzieci zachorowały tuż po spotkaniu z ojcem.

Wykorzystał rolę ojca

Sąd Apelacyjny w Gdańsku zbrodnię ujrzał w innym świetle, niż zrobił to słupski wymiar sprawiedliwości. Stwierdził, że ojciec nie usiłował synów zabić, lecz „działając z zamiarem spowodowania u pokrzywdzonych choroby zagrażającej życiu, wywołał u nich ostre zatrucie organizmu". Karę obniżono do 7 lat więzienia. W związku ze zmianą kwalifikacji prawnej czynów Sąd Apelacyjny uznał, że nie ma podstawy do orzeczenia kary dodatkowej pozbawienia praw publicznych i ją uchylił.

- Utrzymać natomiast należało orzeczenie o pozbawieniu oskarżonego praw rodzicielskich i to na maksymalny przewidziany okres, tak jak uczynił to sąd pierwszej instancji - w uzasadnieniu wyroku czytamy, że „w stopniu wybitnie rażącym oskarżony nadużył i wykorzystał rolę ojca".

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku Materiały z akt sprawy.

To stwierdzenie nie zmienia jednak faktu, że Sąd Apelacyjny nie uznał czynów za usiłowanie zabójstwa. Uzasadnił to tak: „Wyrażone przez biegłych przypuszczenie, że ilość podanej pokrzywdzonym atropiny była tak duża, że stanowiła dawkę śmiertelną, nie stanowi jeszcze pewności, że w istocie tak było. Wątpliwości rodzące się w tej mierze, które nie dają się usunąć, należy rozstrzygnąć na korzyść oskarżonego”.

Zdaniem Sądu Apelacyjnego, bardziej doniosłe znaczenie miał element dotyczący stanu wiedzy, a tym samym świadomości oskarżonego o działaniu atropiny w zależności od podanej ilości. Materiał dowodowy nie wykazał, aby Tkaczyński dysponował szeroką wiedzą. I w tym miejscu także zrodziły się wątpliwości. Bez wątpienia sposób podania ciastka - uprzedzenie o goryczy i nakłanianie do spożycia - wskazuje, że oskarżony wiedział, iż atropina jest trucizną. Zupełnie innym zagadnieniem jest natomiast to, czy jego wiedza była na tyle głęboka, aby określić, jaka jej ilość powoduje jaki skutek.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Archiwum Sądu Okręgowego w Słupsku Wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku.

- Nie zawsze jednak zgromadzony materiał dowodowy daje jednoznaczne podstawy do ustalenia motywu określonego działania - uzasadnił Sąd Apelacyjny. - Taka sytuacja wystąpiła w tej, jakże wyjątkowej sprawie. Wprost stwierdzić należy, że nie ma możliwości ustalenia, jakim motywem kierował się Klaudiusz Tkaczyński, podając swoim synom ciastka nasączone atropiną. Dowody zgromadzone w sprawie, w tym przede wszystkim zeznania pokrzywdzonych Oktawiusza i Klaudiusza Tkaczyńskich, nie pozostawiają żadnych wątpliwości, iż to właśnie oskarżony podał im zatrute ciastka. Jednakże dowody te nie odpowiadają na pytanie, dlaczego to uczynił i co zamierzał osiągnąć. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak przypisać oskarżonemu winę za to, co faktycznie zrobił, a więc za podanie synom nasączonych atropiną ciastek, które wywołało u nich ostre zatrucie organizmu, czyli chorobę zazwyczaj zagrażającą życiu - uzasadnił Sąd Apelacyjny.

Czas wypił truciznę

Matka chłopców ułożyła sobie życie na nowo. Drugiemu mężowi, ale nie Mirosławowi S., urodziła trzeciego syna.
- Dopiero później wyjaśniła się sprawa ciasteczek - wspominała po latach w rozmowie z „Głosem". - Chłopcy opowiedzieli mi, że były tak duże, że nie można ich było zmieścić w buzi. Przecież takich ciastek nie ma w sprzedaży. Pewnie mój były mąż posklejał herbatniki masą zrobioną w domu.

Czy wybaczyła mężowi?

- Nawet się nad tym nie zastanawiałam. Dzieci już duże. Najważniejsze, że dla nich wszystko dobrze się skończyło. Tylko dziwi mnie to, że skazany za tak poważne przestępstwo po tak krótkim czasie dostał przepustkę z zakładu karnego. Przecież wtedy chłopcy byli jeszcze mali. Baliśmy się, że w każdej chwili może do nas przyjść. Synowie też mają swoje życie. To już mężczyźni.

Piękna pani śmierć

Pokrzyk wilcza jagoda, czyli Atropa belladonna, ma miękkie jajowate liście, dzwonkowate brunatno-fioletowe kwiaty, a jej owocem jest czarna jagoda. Rośnie na skrajach lasów, w śmietniskach i na odłogach. Cała roślina jest silnie trująca ze względu na zawartość atropiny. Znane są wypadki śmiertelnego zatrucia się dzieci, które mylą owoce pokrzyku z owocami borówki czernicy.

Akta w sprawie zatrucia synów.
Fot. Internet Wilcze jagody bujnie rosną w lasach.

Według mitologii greckiej Atropos była jedną z Parek. Tą, która przecinała nić życia. Słowo „atropos” oznacza nieuchronność. Rzymianki używały soku z jagód w celu powiększenia źrenic, stąd nazwa gatunkowa pokrzyku belladonna - piękna pani. Roślina zawiera około 1% alkaloidów tropanowych, m.in. atropiny i skopolaminy. Preparaty produkowane przez przemysł farmaceutyczny - wyciągi i nalewki - zmniejszają napięcie mięśni gładkich, łagodzą bóle w kolce nerkowej czy żółciowej, uspokajają ataki astmy. Rozszerzanie źrenicy przez atropinę wykorzystują przy badaniach okuliści. Odpowiednio zastosowana belladonna może pomóc, ale jej silny ekstrakt - jakim były nasączone ciastka - niesie długą śmierć, którą poprzedzają napady szału i bolesne duszenie się.

W pełnej wersji artykułu:

  • Wstrząsający, szczegółowy opis przestępstwa
  • Jak myślał i planował przestępca
  • Zdjęcia oryginalnych akt sprawy
  • Europejski nakaz aresztowania za sprawcą
  • Fragmenty zeznań pokrzywdzonych dzieci

 

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Głosu Pomorza.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Głosu Pomorza
  • codzienne e-wydanie Głosu Pomorza
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Bogumiła Rzeczkowska

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.