Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Uratował Gołotę przed sportowym niebytem

Czytaj dalej
Jerzy Filipiuk

Uratował Gołotę przed sportowym niebytem

Jerzy Filipiuk

On czyni cuda - mówi o Leszku Samitowskim z Krakowa Andrzej Gołota. - Uratował mnie, kiedy amerykańscy lekarze byli bezradni. Nadawałem się bardziej na wózek inwalidzki niż na ring bokserski...

Krakowianin, od trzech dekad mieszkający w Chicago, przez wiele lat był terapeutą, przyjacielem Andrzeja Gołoty. Ale jego życie jest nie mniej barwne od życia słynnego boksera...

W 1996 roku Leszek Samitowski wybrał się z żoną Jadwigą na Hawaje. Ze zdumieniem zobaczyli, że piasek na plaży ma kolor... zielony. Wzięli garść na pamiątkę. - Kierowca autobusu ostrzegał nas: „Nie bierzcie piasku, bo to przynosi nieszczęście”. Nie posłuchaliśmy go - opowiada Samitowski.

W 2000 roku do żony Leszka podeszła znana w Chicago wróżka Wiga. Zaczęła jej wróżyć. Mówiła: „Zdarzy się wypadek, ale nikomu nic się nie stanie. I widzę śmierć w rodzinie. Coś z synem”.

Do tych słów też nie przywiązywali wagi. To przecież tylko kobiecina, która chce zarobić na wróżbie...

Niecały rok później żonie Samitowskiego zepsuł się samochód na autostradzie.

Zadzwoniła do męża, który powiedział jej, by natychmiast z niego wysiadła. Nie zdążyła. Olbrzymi truck w impetem - bo kierowca zasnął - uderzył w jej samochód.

Policjant, który zjawił się na miejscu, widząc kompletnie zniszczony samochód, dzwonił do przełożonych, że doszło do śmiertelnego wypadku. Nagle usłyszał, że ktoś jęczy. Nie mógł uwierzyć, iż można było przeżyć przejechanie przez takiego kolosa.

By uwolnić kobietę za kierownicą, ratownicy musieli przecinać karoserię.

- A Jaga nie złamała sobie ani jednej kości! - wspomina Samitowski. I dodaje: - Po tygodniu wyszła ze szpitala. Wtedy nie kojarzyliśmy tego wypadku z przepowiednią wróżki. Dopiero parę dni po śmierci syna przypomnieliśmy sobie o niej...

W 2001 roku jego córka Dagmara także była o włos od śmierci.

Mieszkała w apartamencie modelek przy World Trade Center. Codziennie jadła śniadanie w WTC. Po zamachu terrorystycznym nie było z nią kontaktu. Dopiero gdy zadzwoniła, okazało się, że akurat 11 września nocowała w innym miejscu...

Spełnia się czarna przepowiednia

W 2002 roku przed zajęciami w dojo (sali treningowej) stracił przytomność i mimo natychmiastowej reanimacji zmarł ich syn Marek. Skonał na rękach ojca... Za 11 dni miał obchodzić 18. urodziny.

Dzień wcześniej narzekał trochę na bóle brzucha, ale postanowił wybrać się na trening. - Syn nigdy nie przychodził na zajęcia w piątki. Nie wiem, dlaczego wtedy przyszedł. Żona też nie zjawiała się w piątki, a wtedy była - wspomina Samitowski.

Przez dwa lata był w Chicago sam jak palec, nie wiedząc, czy kiedykolwiek zobaczy jeszcze rodzinę

Marka próbował ratować najpierw ojciec, a potem 7-osobowy zespół reanimacyjny. Zawieziono go do szpitala. Tam o życie nastolatka walczono przez trzy kwadranse. Bezskutecznie.

- Okazało się, że miał wadę serca. Tylko jeden procent osób z taką wadą nie ma jej objawów. A śmierć następuje bardzo szybko - tłumaczy Samitowski.

Urnę z prochami syna trzymają w domu w Chicago. Część prochów jest w Krakowie.

Marek kończył szkołę średnią. Chciał studiować filozofię. Interesował się filozofią Wschodu. Uczył się japońskiego. Dużo czytał, grał na flecie, pisał wiersze. Jako małe dziecko ćwiczył karate i pływanie. W końcu, ponieważ zajęcia się pokrywały, musiał na coś postawić. Wybrał zajęcia w wodzie. Pływał 11 lat, odnosił sukcesy.

Tragedia była dla Samitowskiego wielkim ciosem. Długo się po nim podnosił.

Najpierw było judo

Urodził się w 1955 roku w Krakowie. Mieszkał na ul. Grodzkiej. Jego rodzice, Wanda i Marian, pochodzili ze Lwowa. Ona pracowała w sanepidzie (zmarła w 2014 roku), on był adwokatem (odszedł w 2011 roku).

Sportem interesował się od dziecka. Przez kilka lat pływał w YMCA Kraków (był wicemistrzem Polski dzieci), grał także w koszykówkę w YMCA i Cracovii oraz w piłkę ręczną w Wawelu, jeździł też konno.

A sporty walki? Pierwsze było judo.

- Przygodę z karate zacząłem w 1970 roku na krakowskiej AGH - mówi.

Zafascynowany muzyką

Zainteresowania sportowe Samitowski łączył z muzycznymi. Gry na fortepianie uczyła go prywatnie żona znakomitego krakowskiego aktora Andrzeja Buszewicza. Poszedł do szkoły muzycznej.

- Interesowała mnie też gitara klasyczna. Do dziś lubię hip-hop i ostry rock, fascynuje mnie jazz i muzyka klasyczna, bardzo lubię muzykę góralską - zapewnia.

Karate i muzyka przeplatały się w jego życiu. Dobrze zna Olgę „Korę” Jackowską. - Trenowała karate w grupie, którą prowadziłem w Krakowie. Jej synowie też przychodzili do mnie na zajęcia - mówi.

Od dziecka zna się z Andrzejem Bieniaszem, gitarzystą rockowego zespołu Pudelsi, znał Marka Grechutę i Piotra Skrzyneckiego, legendę Piwnicy Pod Baranami.

W tej ostatniej występował też Samitowski. - Wykonywałem kata i rozbijałem cegły - dwie ręką, trzy nogą. Piotrowi się to podobało, gdyż ludzie zaczęli o tym mówić. Niektórzy artyści nie byli jednak zadowoleni z moich występów, bo trzeba było po nich sprzątać - mówi ze śmiechem.

W Chicago razem z kolegami organizował koncerty polskich muzyków w galerii Jerzego Kenara - jednego z najbardziej znanych polskich rzeźbiarzy w USA.

W „wietrznym mieście” poznał m.in. ikonę sztuk walki, Chucka Norrisa (organizowali nawet wspólnie pokazy karate) i jednego z prekursorów polskiego rock and rolla Włodzimierza Wandera, który w latach 1984-2003 był właścicielem legendarnego polonijnego klubu „Cardinal”, przez który przewinęła się czołówka polskich gwiazd estrady, m.in. Karin Stanek, Krystyna Prońko, Czesław Niemen, Bogusław Mec, Stan Borys, Piotr Fronczewski, Waldemar Kocoń, No To Co i Skaldowie.

W szkole Samitowskiego przez dłuższy czas trenował Marek Piotrowski, legenda polskiego i światowego kick boxingu.

Skazany na dwa lata

Zanim jednak Samitowski wyjechał do USA, spełniał się jako zawodnik, student, pracownik naukowy. Karate było dla niego czymś więcej niż sport - przyjemnością, filozofią, sposobem na życie. Zdobywał medale na zawodach - był wicemistrzem Polski - ale sam twierdzi, że większym osiągnięciem stała się praca instruktorska.

Pracę magisterską na AWF-ie napisał z biomechaniki. - Okazała się najlepsza na uczelni - chwali się.

Nieprzypadkowo trafił więc do Zakładu Biomechaniki. Spędził w nim siedem lat. Z przerwą na służbę wojskową, którą rozpoczął po... wyroku sądowym.

- Wojsko odkryło, że nie jestem zarejestrowany. Wytoczono mi sprawę sądową i skazano na dwa lata więzienia za uchylanie się od służby, bo nie odpowiadałem na wezwania z Wojskowej Komendy Uzupełnień - wspomina.

Po staraniach ojca więzienie zamieniono mu na wcielenie do wojska. Natychmiast pojechał do jednostki w Elblągu.

Do wojska trafił, gdy miał ponad 25 lat i czarny pas karate. Bez większych problemów nauczył się musztry, salutowania i strzelania. Z Elbląga trafił do Krosna Odrzańskiego, a stamtąd wrócił do Krakowa.

- Po przyjeździe do jednostki w Krakowie, na kompanię przyszedł sierżant i powiedział, że wzywa mnie szef szkolenia fizycznego. Poszedłem. Akurat rozmawiał przez telefon. Usłyszałem, że mówi o egzaminie z biologii na AWF w Krakowie. Gdy skończył rozmawiać, powiedziałem mu, że wykładam biomechanikę na tej uczelni i że jak skończę służbę, pewnie się spotkamy na uczelni, bo prowadzę między innymi zajęcia na studiach zaocznych. Był zaskoczony. Ale potem robił wszystko, by mi umilić życie w wojsku. Był zresztą zafascynowany sztukami walki - opowiada Samitowski.

Znajomość z kapitanem przydała się, kiedy wprowadzono stan wojenny.

- W wojsku mówiono nam, że jest wojna, a odmowa wykonania rozkazu wiąże się z surowymi karami, do rozstrzelania włącznie. A ja dwa razy odmówiłem - gdy wyznaczono mnie do interwencji na Rynku Głównym i w Nowej Hucie. Kapitan bał się, że będzie za to odpowiadał. Załatwił mi więc najpierw służbę w biurze przepustek, a potem wyznaczył mnie jako swego ochroniarza - mówi.

Życie osobiste

Ze swoją obecną żoną Jadwigą chodził do pierwszej klasy szkoły średniej.

Ale najpierw związał się z Małgorzatą (do dziś mieszka ona w Krakowie), z którą rozwiódł się po siedmiu latach. Owocem ich związku jest mieszkająca w Nowym Jorku Dagmara, była modelka, dziś pracująca w galerii i dla różnych firm (m.in. magazynu „Rolling Stones”), robiąc teledyski, filmy, zdjęcia, plakaty.

- Jagę spotkałem przypadkowo po latach na ulicy. Wkrótce byliśmy razem. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Jej wujkiem był Włodzimierz Kunz, malarz, grafik, były rektor ASP. Jaga też maluje, choć nie wierzy w siebie. Ja uważam, że ma duży talent. Kiedyś tańczyła u Mariana Wieczystego.

Dwaj starsi bracia Leszka mieszkają w Krakowie. Zbigniew jest znanym kardiochirurgiem, a Wiesław właścicielem dużej firmy, wykładowcą w Wyższej Szkole Zarządzania i Bankowości.

Leszek Samitowski uczy masażu terapeutycznego i terapii manualnej. Zna się na biomechanice, kinezjologii, anatomii, patologii, technikach energetycznych. Wykłada na Uniwersytecie Illinois w Chicago oraz na Uniwersytecie Morton. Swą wiedzę poszerzył na dziennych studiach w college’u w Chicago - medycyny orientalnej, akupunktury, chińskiego masażu, ziołolecznictwa.

63 dolary na koncie

Jak znalazł się w USA? Wyjechał w poszukiwaniu lepszej przyszłości. W kraju miał małe dzieci i takież same perspektywy.

Nie dostał paszportu na wyjazd m.in. do Papui i Nowej Gwinei. Miał tam pracować przez dwa lata dla ONZ. W konkursie na wyjazd znalazł się w finale. Jego rywal nie znał dobrze angielskiego, był więc bez szans, ale...

- Gdy pojechałem do stolicy po odbiór dokumentów, zapytano mnie, od kiedy jestem w partii. Odparłem, że w ogóle nie jestem. I nagle okazało się, że drugi finalista ma jednak lepsze kwalifikacje. Był działaczem partyjnym i organizacji młodzieżowych. Uznałem, że czas wyjechać z Polski - mówi.

Zaproszenie do USA kupił od nieznanej osoby. Czekała go jeszcze walka o wizę. Okazała się zwycięska, choć szanse miał nikłe.

- Pokazałem konsulowi dokument z banku, zaświadczający, że mam na koncie... 63 dolary. Konsul zapytał: „I pan chce polecieć do Stanów na trzy miesiące?”. A ja na to: „Przecież pan wie, że każdy, kto tam się wybiera, jedzie do pracy”. Konsul odparł: „Podoba mi się pana szczerość”. I dał mi wizę. Ale zapamiętał moje słowa. Gdy rok później zjawiła się u niego moja żona, już wizy nie dostała - wspomina.

Przez dwa lata był więc w Chicago sam jak palec, nie wiedząc, czy kiedykolwiek zobaczy rodzinę. Pewnego dnia żona usłyszała rozmowę z mężem w... Radiu Wolna Europa. Potem w Głosie Ameryki. Była w szoku. W końcu znalazła się za oceanem.

- Dostałem azyl polityczny - wyjaśnia Leszek.

Przygoda z Gołotą

Jak doszło do współpracy Samitowskiego z Andrzejem Gołotą w latach 2002-2014?

- Andrzej znał kuzynkę mojej żony i jej męża. Coś o mnie od nich słyszał. Pewnego dnia przyszedł do mojego gabinetu i zaproponował, żebym przychodził na jego treningi. Zaczęliśmy pracować, najpierw mniej systematycznie, potem bardziej i bardziej. Nasze żony zostały przyjaciółkami. Odwiedzaliśmy się w naszych domach - wspomina Samitowski.

To właśnie Leszek uratował Gołotę przed sportowym niebytem. Towarzyszył mu nie tylko przy ringu, ale i na co dzień, zajmując się jego rehabilitacją. Dzięki m.in. jego pomocy Andrzej Gołota kilkakrotnie wracał na ring w ubiegłej dekadzie.

Gołota dopiero po wielu latach zdradził, że przez ten czas praktycznie nie mógł bo-ksować lewą ręką tak jak kiedyś. Lewy bark pomimo rehabilitacji był wciąż słabszy.

Wypadek na autostradzie w 1999 roku (mercedesem zjechał na przeciwny pas autostrady i zderzył się z naczepą ciężarówki; wypadku nie przeżył asystent jego trenera) sprawił, że cierpiał na atrofię, czyli zanikanie włókien mięśniowych mięśni barku.

Andrzej Gołota nigdy nie wrócił do pełnej sprawności, ale z pomocą Samitowskiego mógł walczyć.

- On czyni cuda. Uratował moje lewe ramię, kiedy amerykańscy lekarze byli bezradni. Nadawałem się bardziej na wózek inwalidzki niż na ring - mówił Gołota. - Trudno było mi się normalnie poruszać.

W dalszej części tekstu przeczytasz:

- O tragicznych przepowiedniach, które stały się prawdą,

- Jak Leszek uratował Andrzeja Gołotę,

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Głosu Pomorza.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Głosu Pomorza
  • codzienne e-wydanie Głosu Pomorza
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Jerzy Filipiuk

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.