Zbigniew Marecki

Jej życie miało cienie i blaski. Balbina Zająć przeżyła 100 lat

Jej życie miało cienie i blaski. Balbina Zająć przeżyła 100 lat Fot. Łukasz Capar
Zbigniew Marecki

Balbina Zając dzieciństwo spędziła w gronie sióstr w gajówce pośród starych lasów. Po II wojnie światowej razem z mężem zaczęła szukać dobrego miejsca dla rodzin.

Gdy się urodziła, trwała I wojna światowa. Kiedy wchodziła w dorosłe życie, wybuchła II wojna światowa. A mimo to przetrwała, odchowała 5 dzieci i przed kilku dniami skończyła sto lat. Tak w wielkim skrócie wygląda historia Balbiny Zając, stulatki, która od kilku miesięcy mieszka w prywatnym Domu Opieki Dolina Słupi w Kobylnicy, gdzie ze współlokatorką zajmuje przyjemny, słoneczny pokój. Choć pani Balbina porusza się na wózku inwalidzkim, to sprawia wrażenie zadowolonej z życia. Ciągle lubi rozmawiać z innymi i często dowcipnie komentuje to, co ją spotyka.

- Mama sama tu chciała zamieszkać. Widać, że jej pasuje codzienny kontakt ze sporą grupką ludzi. Już nie ma problemów z jedzeniem i wyraźnie się ożywiła – mówi Danuta, najstarsza córka stulatki, która przez kilka lat co kilka dni dojeżdżała do mamy, gdy już sama mieszkała w Ustce, a potem, w styczniu 2016 roku wzięła ją do swojego domu w Słupsku.

Urodziła się w czasie przenosin rodziców Droga życiowa pani Balbiny zaczęła się jednak w Szamotułach, bo to w tym wielkopolskim mieście przyszła na świat. Stało się to 17 czerwca 1917 roku. Była drugą córką Julii i Antoniego Flaków, którzy od kilku miesięcy byli w drodze, gdyż właśnie przenosili się z zaboru pruskiego w głąb terenów polskich, bo mieli nadzieję, że być może tam po wojnie powstanie Polska.

Gdy na kilka miesięcy zatrzymali się w Szamotułach ze swoją najstarszą córką Władysławą, ojciec rodziny pracował jako pracownik najemny, bo musiał zarabiać, gdyż spodziewał się, że wkrótce żona urodzi kolejne dziecko.

Książę potraktował go dobrze

Jak Balbina już trochę podrosła, rodzina ruszyła w dalszą drogę. Zatrzymała się koło Bałtowa, wsi położonej w dzisiejszym powiecie ostrowieckim w województwie świętokrzyskim. Wówczas jej właścicielem był książę Jan Drucki-Lubecki.
Świadczy o tym stary dwór, który przetrwał do naszych czasów. Obok rosły piękne lasy, których trzeba było pilnować. Nadzoru wymagali także pracownicy, którzy w nich wykonywali różne prace. Antoni Flak zdobył tam pracę gajowego, którą wykonywał do śmierci.

- Książę potraktował go dobrze. Dał mu murowaną leśniczówkę. Stodołę i nadał 4 morgi ziemi uprawnej w Ulowie. W pobliży były tylko drzewa. Gdy dzieci naszych dziadków dorastały do wieku szkolnego, chodziły pieszo 4 kilometry do szkoły powszechnej w Bałtowie. Nasza mama tam także się uczyła - opowiada Jarosław, najmłodszy syn pani Balbiny. W Ulowie na świat przyszły jeszcze jej trzy siostry - Maria, Anastazja i Zofia. W sumie było im tam dobrze, ale w 1939 roku wszystko zaczęło się psuć. Latem tego roku zmarł Antoni Flak. Gdy wybuchła II wojna światowa, zastała sześć samotnych kobiet w głuchym lesie. – Niemcy tam zbyt często na szczęście się nie zapuszczali, bo bali się, że na tym pustkowiu mogą się stać celem partyzantów – dodaje pan Jarosław.

Dalsza część tekstu i galeria zdjęć na drugiej stronie

Córki sprzedały ojcowiznę i rozjechały się

Przeczucia mieli dobre, bo wkrótce zaczęła się tworzyć partyzantka. Leśnymi chłopcami zostali między innymi bracia Zającowie, którzy w czasie leśnych marszów zachodzili do leśniczówki w Ulowie. Stanisław Zając wpadł w oko ciemnowłosej Balbinie. W 1942 roku pobrali się. Do końca wojny coraz bardziej powiększająca się rodzina, bo pozostałe siostry także wychodziły za mąż, mieszkała razem. Wiosną 1945 roku Julia Flak zachorowała na zapalenie płuc. Po kilku tygodniach zmarła. – W tym czasie mama miała już dwoje dzieci – najstarszego brata Zdzisława i mnie – mówi pani Danuta. Kilka lat później urodziła się druga córka – Halina. - Wtedy mama i jej siostry postanowiły, że sprzedadzą leśniczówkę i związaną z nią ziemię. Znalazły kupca, podzieliły między siebie pieniądze i rodzina się rozjechała, aby szukać lepszego losu. Większość sióstr ze swoimi rodzinami osiadła na Pomorzu, bo wtedy tam szukano lepszego losu – dodaje pani Danuta.

Komunistom nie podobała się jej przedsiębiorczość Balbina i Stanisław Zającowie osiedli w Domaradzu za Słupskiem, w pegeerowskiej wsi w dzisiejszej gminie Damnica. Tam mieli swoje mieszkanie i spory kawałek ziemi na własne potrzeby. Pan Stanisław pracował w pegeerowskim warsztacie, gdzie odpowiadał za maszyny rolnicze. - Mama urodziła kolejne dziecko - syna Stanisława. Zawodowo nie pracowała, bo miała sporo do roboty przy gromadce dzieci, ale była zaradna, więc szybko zagospodarowała działkę i zaczęła hodować powiększające się stadko zwierząt. To nie podobało się sąsiadom. Niektórzy pisali donosy do władz partyjnych. W końcu przyjechali smutni panowie i powiedzieli, że trzeba z tym skończyć. Ojciec dostał wybór: albo przeprowadza się do Słupska, albo zostanie kierownikiem pegeeru koło Bytowa. Rodzice wybrali Słupsk, bo dzieci chodziły już do szkoły, więc liczyli, że w mieście nauczą się więcej - opowiada pani Danuta.

Zamieszkali w kamienicy na Brzozowej

Tym sposobem po 10 latach latach życia na wsi rodzina przeniosła się do poniemieckiej kamienicy przy ulicy Brzozowej (obecnie ul. Traugutta) w Słupsku. Wtedy Stanisław Zając rozpoczął pracę w miejskiej gazowni. Początkowo był tam inkasentem. Potem pracował w warsztatach, a gdy wieczorowo ukończył technikum mechaniczne, w 1971 roku dostał propozycję objęcia stanowiska kierownika gazowni w Ustce. - Ja urodziłem się, gdy zamieszkaliśmy na Brzozowej w Słupsku. Do Ustki wyjechałem tylko z rodzicami i bratem Stanisławem, bo starsze rodzeństwo już się usamodzielniło - mówi Jarosław, najmłodszy syn Zająców.

W Ustce pracowała sezonowo

Jego mama tam dorabiała sezonowo, gdy w Ustce pojawiali się turyści i kuracjusze. Przez kilka sezonów sprzedawała bilety na plażę. Ojciec z gazowni przeszedł na emeryturę. - Wtedy, w 2002 roku, pojechałem z nim do Ulowa, aby obejrzeć leśniczówkę, którą wspominał ze sporą sympatią. Jeszcze stała, choć już była opuszczona i powoli ją rozkradano - opowiada pan Jarosław. W 2006 roku Stanisław Zając zmarł, jego żona długo nie mogła się z tym pogodzić. - Byli dobrym małżeństwem. Tata nie pił, dbał o rodzinę i z mamą zawsze potrafił się porozumieć - oceniają ich dzieci. Ale żyć trzeba nadal, tym bardziej że rodzina wciąż się powiększała. Do tej pory pani Balbina doczekała się 10 wnuków, 7 prawnuków i 2 praprawnuków. Niedawno doczekała się także gratulacji od władz państwowych, które złożył jej wicewojewoda Mariusz Łuczyk, który jubilatce przywiózł także kwiaty i piękną owczą kołdrę. Stulatka była wyraźnie rozpromieniona.

Zbigniew Marecki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.