Jolanta Nitkowska-Węglarz jej świat baśni i historia Pomorza

Czytaj dalej
Anna Czerny-Marecka anna.marecka@polskapress.pl

Jolanta Nitkowska-Węglarz jej świat baśni i historia Pomorza

Anna Czerny-Marecka anna.marecka@polskapress.pl

Jolanta Nitkowska-Węglarz odkryła dla siebie Pomorze, pracując w tygodniku „Zbliżenia”. Od tego czasu jej misją jest pokazywanie historii i ducha regionu innym, zwłaszcza dzieciom

Lata 60. XX wieku. Ulicą Wojska Polskiego, głównym deptakiem Słupska, idzie szczupła, długonoga dziewczyna z wilczurem. Wiatr rozwiewa jej blond włosy, oczy zatrzymują się na moment na kamienicy po drugiej stronie. We wnęce stoi figura Matki Boskiej. Do niej dziewczyna często się modli, ale nie wszystkie modlitwy zostaną wysłuchane. Nie zacznie po wakacjach nauki w koszalińskim liceum plastycznym. Rodzice nie są jeszcze gotowi rozstać się z córką. Wybrali dla niej I LO, na miejscu.

Lipiec, 2017 rok. Dziewczynie przybyło lat, zamiast wilczura po domu przechadza się stary kot. Wszędzie stoją piękne bibeloty zrobione w technice decoupage. Talent plastyczny nie dał o sobie zapomnieć, ale los sprawił, że Jolanta Nitkowska-Węglarz maluje przede wszystkim słowem. Maluje piękne, ukochane Pomorze. O nim traktuje jej 26 dotąd wydanych książek - historycznych reportaży i zbiorów baśni.

Zaczęło się od ojca i beczki

- Moi rodzice przyjechali do Słupska po wojnie w poszukiwaniu lepszego życia. Wszystkie tradycje i sentymenty pozostały w Warszawie - zaczyna swoją opowieść pani Jolanta. - Ja urodziłam się w Słupsku. Kiedy spytałam ojca, skąd się tu wzięliśmy, wymyślił bajkę o partyzantach, którzy zamknęli go w beczce, a on ucapił, przez dziurę po sęku, ogon wilka ją obwąchującego. Wystraszony wilk uciekał przez las, aż beczka rozbiła się w Lasku Południowym pod Słupskiem. Od zawsze lasek ten kojarzył mi się z moimi słupskimi korzeniami. Mój ojciec wiedział, że człowiek nie może być znikąd. Musi znać świat, w którym żyje, bowiem nie da się funkcjonować w obcym, nieoswojonym otoczeniu.

Kamienica wielu kultur

W poniemieckim domu przy Wojska Polskiego sąsiadami Nitkowskich byli Niemcy, góral, Kaszubi, przesiedleńcy z kieleckiego i z Łodzi.

- Wzajemnie podpatrywali się i uczyli od siebie, a ja poznawałam, czym jest tolerancja i otwartość na innego - opowiada pisarka. - Wtedy jeszcze nie byłam świadoma tego, czego dowiedziałam się, badając dzieje Pomorza. Że ta otwartość jest dla tego miejsca typowa. Tu zawsze współistniały obok siebie, uzupełniały się, przenikały i rozwijały różne kultury. Tolerancja i szacunek dla odmiennych poglądów, religii, wartości przez całe wieki była obecna w życiu Słupska i regionu.

„Zbliżenia” do Pomorza

Po studiach na Uniwersytecie Gdańskim (polonistyka) Jolanta zaczęła pracę w słupskim teatrze. Nie pokochała jej. Potem był radiowęzeł i pismo „Konfrontacje” w Alce oraz Wojewódzki Dom Kultury. Stamtąd trafiła do tygodnika „Zbliżenia”. Tu znalazła się w swoim żywiole.

- Wiele zawdzięczam mojemu ówczesnemu szefowi Wiesławowi Wiśniewskiemu, który dał mi olbrzymią szansę rozwoju - wspomina pisarka. - Namówił mnie do zainteresowania się społecznością kaszubską. Przez lata regularnie wyruszaliśmy z fotoreporterem Janem Maziejukiem na Kaszuby. Wchodziłam coraz głębiej w ludowe tradycje kaszubskie, obyczajowość, wierzenia. Poznawałam ludzi i ich dzieje. Stąd był tylko mały krok do wędrówki w przeszłość Pomorza, a ta okazała się fascynująca.

Poczet przyjaznych historyków

Kiedy w 1993 r. „Zbliżenia” zbankrutowały, Nitkowska-Węglarz kontynuowała pomorskie poszukiwania w „Głosie Słupskim”. Miała szczęście zyskać zaufanie i uznanie zajmujących się Pomorzem historyków.

- Na początku byli to pracownicy naukowi słupskiej uczelni badający niemieckie dzieje regionu: Andrzej Czar-nik, Zenon Romanow, Hieronim Rybicki, Barbara Szultka, Wojciech Skóra, Józef Lind-majer, Tomasz Katafiasz oraz niezwykle życzliwy Zdzisław Machura. Potem do tego grona zaczęli dołączać także Niemcy - byli mieszkańcy Pomorza - wymienia pani Jolanta.

Dzięki ich pomocy powstały takie publikacje, jak „Tajemnicze Pomorze”, „Słupsk - miasto niezwykłe”, „Szukajcie pomorskich skarbów”. Dziennikarka przywróciła pamięci słynne postacie z przeszłości: Heinricha von Stephana, Hansa Gradego, Maxa Pechsteina, Friedricha Onnascha, Otto Priebego, Krockowa, Groscha, Brockmanna i wielu innych.

Szczególną rolę odegrał w zawodowym życiu pisarki profesor Czarnik. - To on uczył mnie Pomorza. Systematyzował moją wiedzę, udostępniał mi nawet swoje niepublikowane notatki. I uświadomił mi coś fantastycznego, że ja, jako dziennikarka, mogę stawiać przeróżne hipotezy, których naukowcom, mającym obowiązek opierać się tylko na faktach, mieć nie wolno - mówi pisarka.

Na niedawnym benefisie z okazji 30-lecia swojej pracy twórczej pani Jolanta złożyła na ręce Krystyny Danileckiej--Wojewódzkiej, zastępcy prezydenta miasta, petycję o nadanie nazwiska profesora jednej z ulic Słupska.

Świat baśni, świat wartości

W PRL-owskiej Polsce historia Pomorza, zwłaszcza ta przedwojenna, niemiecka, była tematem tabu. Rosły więc kolejne roczniki dzieci niewiedzących nic o miejscu, w którym się urodziły.

- Wiedzę o regionie powinno się wynieść z domu. Tworzą ją pokolenia, przekazy rodzinne, literatura. Ja byłam pierwszym powojennym pokoleniem, które trafiło na przerwany ciąg pomorskiej tradycji. Niemcy stąd odeszli, zabierając swoją literaturę, sztukę, historię. Polacy nie chcieli jej znać - opowiada Jolanta Nitkowska--Węglarz. - Przywiązania do Słupska nie dała mi także szkoła. Małego górala uczono wówczas w szkole tańca zbójnickiego i przyśpiewek, a małemu Pomorzaninowi odmówiono prawa do poznania tradycji regionu. Ja byłam już stąd, urodziłam się w Słupsku, ale weszłam w życie, niczego o mieście i regionie nie wiedząc.

Świadomość tej pustki natchnęła dziennikarkę do napisania pierwszego zbioru baśni.

- Nie byłoby to możliwe, gdyby Isabel Sellheim, przedwojenna mieszkanka Słupska, nie zgromadziła dla mnie pokaźnej literatury zawierającej zapisy etnograficzne i baśnie ludowe z początku XX wieku - opowiada.

„Baśnie regionu słupskiego” w ciągu kilku miesięcy stały się lekturą w wielu szkołach. Z zaskakującym efektem.

- Pewnego dnia na spotkaniu w podstawówce dzieci wręczyły mi petycję, żebym pisała już tylko baśnie z dobrym zakończeniem - opowiada pani Jola. - Wyszło tak dlatego, że kurczowo trzymałam się oryginalnych źródeł, a pomorskie baśnie są surowe, posępne, bo ludzie wiedli tutaj ciężkie życie. Gdy już obeznałam się z kulturą Pomorza, mogłam swobodniej się po niej poruszać, zaczęłam w kolejnych baśniach popuszczać wodze fantazji, nie bojąc się, że wypaczę ich sens. I one już kończyły się dobrze.

Dla pisarki baśnie są niesłychanie istotne, bo opowiadają o sprawach najważniejszych: wartościach moralnych, tradycji, sposobach współistnienia w społeczeństwie. To pigułka kultury narodu.

Żal, że historia idzie w zapomnienie

Zafascynowana Pomorzem dziennikarka boleje nad tym, że tej pasji nie mają historycy obecnie pracujący na AP. Nie ukazują się żadne opracowania, nie są prowadzone badania dotyczące naszego regionu, chociaż ciekawych materiałów i tajemnic do odkrycia nie brakuje.

- Ludzie, którym przeszłość i przyszłość miasta nie jest obojętna, powinni dostać do ręki najnowszą, przygotowaną przez najlepszych specjalistów wiedzę o naszych korzeniach. To wstyd, że Słupsk pozostał jednym z bardzo niewielu miast pomorskich, które nadal nie mają nowego opracowania własnych dziejów. Żeby iść dalej, trzeba wiedzieć, gdzie zaczęła się droga - kończy opowieść pisarka.

Anna Czerny-Marecka anna.marecka@polskapress.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.