Kaszubskie wampiry i zmory

Czytaj dalej
Fot. Archiwum

Kaszubskie wampiry i zmory

Kaszubski wampir to wieszczy. Po śmierci, by nie wstał z trumny, odcinano mu łopatą głowę i kładziono między nogi...

Wampiry, stwory nocy i zombie. Opowiadają o nich filmowe horrory, książki oraz legendy. Wyobrażamy je sobie jako straszne postacie wstające z grobów, ociekające krwią ofiar, atakujące i zagryzające ludzi. Czy jednak można je spotkać w realnym świecie? Okazuje się, że tak. Przetrwały w dawnych wierzeniach Kaszubów, o ich niesamowitych zdolnościach wciąż opowiadają seniorzy rodów.

Listopadowe popołudnie. Niewielki cmentarz niedaleko Lipnicy w powiecie bytowskim. Jest mglisto i zimno, zanosi się na deszcz. Przechodzę niewielką alejką. Dookoła na grobach palą się znicze. Przy jednym ze starych grobów stoją dwie leciwe kobiety. Jedna ma problem z poruszaniem się, opiera się na lasce. Przystaję na chwilę, zaciekawiona ich rozmową. Spoglądam na tabliczkę nagrobną. Okazuje się, że to miejsce spoczynku kilku osób z tej samej kaszubskiej rodziny. Ostatnią osobę pochowano w 1897 roku. Przysłuchuję się rozmowie kobiet. Docierają do mnie tylko szczątki słów.

- Ten ostatni to był wieszczy - mówi jedna z kobiet.

- Kto? - dopytuje się druga, nieco młodsza.

- No wampir - szepcze, jakby się bała starsza pani i dodaje. - Jak zmarł, kilku chłopów ze wsi w nocy poszło na cmentarz, wykopali nieboszczyka z grobu i obcięli mu głowę, by nikomu nic się nie stało.

Młodsza z kobiet patrzy z niedowierzaniem, zamarła. Ja też. Poczułam się nieswojo.

Postanowiłam jednak sprawdzić, o jakich wampirach mówiła staruszka.

Na określenie „wieszczy” natykam się w „Bedekerze kaszubskim” Róży Ostrowskiej i Izabelli Trojanowskiej. Według dawnych wierzeń kaszubskich największy popłoch na Gochach siał właśnie wieszczy, upiór i łopi.

Jak ich rozpoznać

W niektórych urodzenie dziecka w czepku (nienaruszonych błonach płodowych) wzbudzało radość. Do dziś znane jest powiedzenie „urodzony w czepku”, oznaczające szczęście i powodzenie. Niestety, tak nie było na Kaszubach. Gdy maluch na świat przychodził z czepkiem, gromadziła się nad nim starszyzna. Rodzice trzęśli się ze strachu, na całą wieś spadał popłoch. Dla nich był to znak, że w przyszłości dziecko zmieni się we wieszcza. Starano się temu zapobiec. Sposób był prosty. W zasadzie dziś nikt nie twierdzi, że był przy tego typu zabiegach, ale historie te przekazywane były z pokolenia na pokolenie, na zasadzie moja mama mówiła… Tak też opowiada 80-letnia Stefania spod Bytowa. - Czepek palono, ścierano na proszek i podawano dziecku z mlekiem matki- przekonuje kobieta. - To pomagało, tak mówiła mi mama. A kiedyś tych wieszczy było dużo…

Wieszczem też mogło stać się dziecko, które na świat przyszło z dwoma zębami. Mówiono wówczas, że gdy umrze, to jego ciało nie sztywnieje, a zaraz po pochówku wstaje z grobu.

Wieszczy mógł też objawić się później, już w czasie pustej nocy (ostatnia noc przed pogrzebem, wówczas w domu zmarłego gromadzili się mieszkańcy całej wsi i przez całą noc śpiewając żałobne pieśni, jedząc i popijając słodką kawę, żegnali sąsiada). Otwarta trumna stała w osobnym pomieszczeniu, cały czas ktoś wchodził tam i sprawdzał, czy zmarły się nie zmienia i nie daje oznak życia. Jeśli jego twarz stawała się czerwona, oznaczało to, że przeistacza się w wieszcza lub w łopiego.

- Gdy byliśmy niegrzeczni, mama straszyła nas wieszczem albo łopim. Mówiła, że przyjdzie i nas zabierze - zamyśla się pani Stefania. - Gdy dorosłam, pytałam się o to wszystko, czy to prawda i czy rzeczywiście widziała te upiory. Mówiła, że nigdy osobiście, ale widać było, że wierzyła w ich istnienie.

Uciąć głowę

Dla łopiego i wieszczy śmierć była początkiem. Nie leżeli spokojnie w grobie. Najpierw zjadali własne ubrania, po czym wychodzili z grobu i wracali do domów. Wieszczy zabijał tylko swoich krewnych. Podczas snu wysysał im krew. Łopi był bardziej zachłanny. Po jego przejściu wymierały całe wsie. Pukał do okien, pytając się, czy w domu wszyscy śpią, jeśli ktoś się odezwał, natychmiast umierała cała rodzina. Był też bardzo pomysłowy. Potrafił wdrapać się na kościelny dzwon i uderzać. Wtedy umierali wszyscy, którzy ten dźwięk usłyszeli.

- Może to dziś trudno sobie wyobrazić, ale ludzie żyjący jeszcze kilkadziesiąt lat temu wierzyli w te upiory - przekonuje starsza kobieta. - Starali się, by nieboszczyk nigdy nie mógł wstać z grobu.

Jak podają autorki „Bedekera kaszubskiego”, takiego nieboszczyka w ostatnią drogę trzeba było odpowiednio przygotować. Wtykano mu między palce kartkę z książeczki do nabożeństwa , gdzie nie ma słowa „amen”, do ust wciskano wapno, mieloną cegłę, monety, by miał co ssać i nie poczuł chęci wypicia krwi. Wysypywano na niego ziarnka maku lub kładziono sieć rybacką, by wieszczy miał co robić w trumnie przez cały rok. Bywało też tak, że pod pachy wkładano specjalne podpórki, które uniemożliwiały mu wstanie.

- Do dziś w opowieściach ludzi w moim wieku żywa jest jeszcze jedna praktyka stosowana na wieszcza - mówi cicho kobieta. - Dawniej mówiono, że czasem długo po pogrzebie okazywało się, że nieboszczyk stał się wieszczym lub łupim. Trzeba było się z nim rozprawić raz na zawsze, a to nie było łatwe i wymagało odwagi. Zbierało się wtedy kilku odważnych chłopów i w nocy szli na cmentarz. Rozkopywali grób, ucinali głowę łopatą i kładli zmarłemu między nogi, tak by nigdy nie wstał.

Według różnych źródeł praktyki te stosowane były jeszcze na początku XX w.

Zatkaj dziurę od zamka

Dawniej Kaszubów bardzo często nachodziła zmora. Wierzono, że jest to kobieta lub dziewczyna (w białej przezroczystej sukni). Nawiedzała gospodarza we śnie i dusiła. Siadała okrakiem najpierw na nogach, a potem posuwając się w górę, siadała na piersiach śpiącego na wznak i dusiła tak długo, aż się zbudził. Potem uciekała. Przerażony Kaszub klękał i modlił się, prosząc o przebaczenie win. Duch do pokoju dostawał się najczęściej przez dziurkę od klucza, dlatego wszelkie otwory zatykano. Najczęściej słomką lub piórem. Trzeba również było zamykać szczelnie drzwi i okna.

Zmora atakowała każdego, ale najbardziej strzec się jej musieli niewierni kochankowie, głównie mężczyźni.

Najgorsze były zmory, którymi były zdradzone kochanki. Były tak dokuczliwe, że mężczyzna nie mógł spać przez długi czas. Zmora przybierała wiele postaci, materialnych i niematerialnych. Atakowała też zwierzęta i sprawiała, że marniały i zdychały. Nawiedzała również… duchownych.

- Zmora była też tematem żartów - mówi pani Helena, pochodząca z Trzebunia. - Wiele osób widziało, jak z plebanii, w której mieszkał młody ksiądz, często o północy przez okno wychodziła zmora, tylko w białej sukni. Starsze kobiety żałowały księdza, że jest nawiedzany przez ducha. Jednak sprytni Kaszubi wiedzieli, że jest to młoda sąsiadka, którą bardzo często widziano przy konfesjonale. Śmiano się później, że niepotrzebnie chodzi do spowiedzi.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.