Kołobrzeżanka, modelka z wielkim apetytem na życie. Oto Karolina Malina - I Wicemiss Polonia

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne
Iwona Marciniak

Kołobrzeżanka, modelka z wielkim apetytem na życie. Oto Karolina Malina - I Wicemiss Polonia

Iwona Marciniak

Od 35 lat, gdy koronę Miss Polonia zdobyła Monika Nowosadko, nie było w Kołobrzegu takiego poruszenia wyborami najpiękniejszej Polki.

Karolina Malina

Ma 25 lat i choć trudno w to uwierzyć, 11-letnie doświadczenie w zawodzie modelki. Lubi ludzi i nowe wyzwania. Nie cierpi nudy. Nie umie wysiedzieć na miejscu. Na co dzień biega w kucyku, trampkach i sportowym ubraniu. Dopiero w pracy zamienia się w zjawiskową gwiazdę. W przerwie między modowymi kontraktami skończyła szkołę średnią, studia, zrobiła magisterkę. Na wyborach Miss Polonia reprezentowała Kołobrzeg, mimo że mieszka już w Warszawie. Bo Kołobrzeg to dzieciństwo, dorastanie, pierwsze przyjaźnie, miłości i … pyszne gofry z twarożkiem na promenadzie, które kiedyś sama sprzedawała.

Transmisję finału Miss Polonia oglądało pewnie pół Kołobrzegu albo i cały! Spodziewała się pani, że zafunduje krajanom takie emocje?

(śmiech) Nie. Pierwsze godziny po ogłoszeniu wyników to był dla mnie szok. Gdy włączyłam telefon tuż po gali finałowej, posypały się wiadomości, gratulacje, nieodebrane połączenia, oznaczenia w mediach społecznościowych. Znaczna część z nich pochodziła właśnie od kołobrzeżan, w tym od osób, które przyczyniły się do mojego rozwoju - od nauczycielek z podstawówki, gimnazjum, liceum. Odezwali się znajomi ze szkoły, z którymi nie miałam kontaktu od 10 lat. I nagle dowiedziałam się, że oni wszyscy siedzieli przed telewizorem i oglądali ten finał. Naprawdę się wzruszyłam, widząc te wszystkie selfie z telewizorem i mną na ekranie (śmiech). To było supermiłe. I żadnych kąśliwych komentarzy pod pierwszymi artykułami o wynikach wyborów. Wygląda na to, że kołobrzeżanie się zjednoczyli i wszyscy mi kibicowali. Bardzo dziękuję!

Ponoć mieszkała pani w Kołobrzegu od 4. roku życia

Tak, bo urodziłam się w Białogardzie. Moja rodzina pochodziła ze Świdwina i przeniosła się do Kołobrzegu ze mną, czteroletnim maluchem. Podczas konkursu zapytano mnie, jakie miasto będę reprezentować. I miałam przez chwilę dylemat. No bo żyję teraz na walizkach. Mieszkam w Warszawie, ale studiowałam w Poznaniu, a wcześniej Kołobrzeg. No, ale pomyślałam sobie, gdzie ja w tej Warszawie…? Tylko w Kołobrzegu czuję, że to moje miejsce na Ziemi. Każde miejsce kojarzy mi się z konkretną sytuacją.

Pierwsze wagary, pierwsze miłości…

Oczywiście! Pamiętam i wagary, i cały okres dojrzewania. Pierwsza miłość i mecze piłkarskie Kotwicy. Bo moim pierwszym chłopakiem, któremu zawzięcie kibicowałam, był piłkarz tej drużyny. Oboje byliśmy dzieciakami, ale siedzenie na trybunach dobrze pamiętam. Co więcej, to był kapitan drużyny! (śmiech) Jak tu zapomnieć? Zdawanie prawa jazdy, osiemnastki, studniówka… Musiałam reprezentować Kołobrzeg.

Przygodę z modelingiem zaczęła pani w wieku 14 lat. Toż to było dopiero gimnazjum! Skąd się wziął ten temat w życiu nastolatki?

Cóż, gdy chodziłam do podstawówki, zbyt urodziwa nie byłam. Zawsze grube szkła w okularach, bo duża wada wzroku. Wysoka, ale chuda jak tyczka. Mówili na mnie - przecinek. Zawsze wyższa od wszystkich w klasie, z chłopakami włącznie. Na zdjęciach klasowych ta moja stercząca głowa nad wszystkimi (śmiech). To w rodzinie słyszałam: Karolina to by się nadawała na modelkę. Ja na to: a gdzie mi tam do modelki. Ale bardzo mnie ciągnęło do aparatu. Lubiłam robić zdjęcia innym. Obfotografowywałam wszystkie rodzinne imprezy. Kiedyś trochę z ciekawości wrzuciłam zdjęcia, które sama sobie zrobiłam aparatem z wyzwalaczem, na portal Max Models. Tam się oznaczało, skąd się pochodzi. Pomyślałam: może jakiś fotograf z Kołobrzegu zechciałby mi zrobić profesjonalne zdjęcia? Nie bardzo kojarzyłam, że tam swoje konta miały też profesjonalne agencje modelingowe. Gdy po jakimś tygodniu dostałam maila, myślałam, że to żart. Zapraszała mnie właścicielka poznańskiej agencji. Chciała mnie zobaczyć, pisała, żebym przyjechała z mamą, bo byłam niepełnoletnia. Mama w końcu dała się namówić. Gdy mnie tam zobaczyli na żywo, uznali, że jest we mnie potencjał: jako 14-latka miałam 178 cm wzrostu. Wymiary też były idealne jak na ten wiek. Przedstawiono nam warunki umowy. Miałyśmy przeczytać na spokojnie, przemyśleć i ewentualnie przesłać, gdy się zgodzimy. Mama powiedziała: dziecko, jeśli chcesz spróbować, to próbuj. Nie interesowałam się modelingiem. Programów typu Top Model jeszcze nie było, o żadnej modelce w swoim środowisku, wśród rodzin koleżanek czy kolegów, nigdy nie słyszałam. Pojechałam na swoje pierwsze testy, sesję do książki modelingowej i niedługo później dostałam informację, że Agencja Elite Models zaprasza mnie na trzy tygodnie do Mediolanu.

Rewelacja!

Miałam tam zobaczyć, na czym polega ta praca, sprawdzić, czy mi się podoba. Sesje zdjęciowe, rozpiski castingów na cały dzień, a potem, jak się przekonałam, papierowe mapy, na których zaznaczałam sobie długopisem miejsca, w które mam dotrzeć.

Co mama na to?

Mama się trochę uspokoiła, gdy okazało się, że nie polecę sama, a ze starszą o cztery lata inną modelką. Że nie będę rzucona samopas, bo na lotnisku będzie czekał kierowca, a w agencji moja bookerka, która zaprowadzi do mieszkania, gdzie będą inne dziewczyny itd.

Bała się pani?

Raczej byłam bardzo podekscytowana, że Mediolan, ja sama, bez mamy. Oczywiście i tak byłam z mamą prawie 24 godziny na dobę w kontakcie, ale czułam, że oto otwiera się przede mną świat (śmiech). Gorzej, że wtedy ledwie mówiłam po angielsku, przecież dopiero się uczyłam. Totalnie nie rozumiałam, co do mnie mówią, więc gdy dzwoniła do mnie agencja, nie odbierałam telefonu i pisałam, że proszę o SMS. Potem go sobie tłumaczyłam i odpisywałam, pomagając sobie translatorem (śmiech).

Dzielna dziewczyna! 14-latka nie pękała, lecz rozwiązywała problem.

To prawda. Ale przez te 10 lat we wszystkim towarzyszyła mi mama. Telefonicznie i we wszystkich zakupach, pakowaniach, żeby się zmieścić w limicie. Z czasem już mówiła modelingowym slangiem, doskonale odnajdując się w tych klimatach.

Spodobała się pani praca w Mediolanie?

Bardzo! Jeszce bardziej, gdy po pół roku poleciałam na 2,5 miesiąca na Tajwan.

Jak na koniec świata!

A miałam 15 lat (śmiech). Wtedy nie obchodziło mnie nawet to, że na umowie jest jakaś kwota, jakieś pieniądze. Byłam w Azji! Miałam tam sesję! Ale zabolało spięcie z Rosjanką, z którą miałam mieszkać. Miała pretensje, że wprowadzono mnie do pokoju pod jej nieobecność. Nie wiedziałam, o co chodzi. Zawsze byłam bardzo pozytywnie nastawiona do ludzi, trochę naiwna: skoro ja jestem dla kogoś miła, to dlaczego ten ktoś miałby być dla mnie niemiły? Wtedy znów konieczny był telefon do mamy. Pamiętny, bo dwie minuty kosztowały wtedy chyba z 80 złotych (śmiech). Mama mówiła: bądź twardzielem, nie dawaj się, głowa do góry! No i dawałam radę. W końcu dogadałyśmy się z koleżanką z pokoju. A po blisko trzech miesiącach byłam już absolutnie zakochana w Azji.

Co się pani tam tak bardzo podobało?

W świecie modelingu mówi się, że Azję albo się kocha, albo nienawidzi. Azja jest ciężka pod względem pracy. Moja najdłuższa sesja zdjęciowa trwała tam 13 godzin. Ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Pierwszy raz piłam tam czarną kawę, nagrywałam filmiki, robiłam zdjęcia, cieszyłam się, że po powrocie do pokoju wyślę je znajomym. Do teraz jestem w pracy mało marudna. Kto ma inne nastawienie, może się zrazić, zmęczyć, zniechęcić. Bo tam rzeczywiście głównie: praca, praca, praca. Bywało, że wracałam z pierwszej pracy o 2 w nocy, a o 5 miałam zbiórkę na kolejną. Zdarzyło mi się jechać ma miejsce z mokrymi włosami. Ale za to cieszyłam się z fantastycznego klimatu, kultury, świeżych owoców na kolorowych targach, z przepięknych parków, niezwykłych zabytków. Co ciekawe, Azjaci to zupełnie inna mentalność. Na przykład łatwo ich urazić. Bo to, co u nas uznano by za sarkazm, żart, tam może być odebrane jako złośliwość, niechęć. Na planie nie można powiedzieć, że ciuchy są takie czy takie, bo klient może zadzwonić do agencji i powiedzieć, że modelka była niezadowolona z sesji.

Była pani gdzieś w Azji poza Tajwanem?

Pekin, Guangzhou, Shenzhen, Seul w Korei. Zauważyłam, że Azja to mój rynek. Mój typ urody jest tam bardzo lubiany. Gdy tam zobaczą wysoką blondynkę o niebieskich oczach, już są w niej zakochani. Choć zabawne, że gdy stoimy na castingu, powiedzmy 10 modelek, to Chińczycy, trzymając w dłoniach nasze kompozytki, zdjęcia - wizytówki, nie rozróżniają nas, mylą się. Myślałam, że to działa tylko w jedną stronę i to nam trudno ich odróżnić, ale okazuje się, że mają dokładnie ten sam problem.

Gdzie jeszcze pani pracowała jako modelka?

Berlin, Ateny, Stambuł, Londyn…

Ale zaraz, jak pani łączyła modeling ze szkołą? Przecież to były długie kontrakty.

Mama zawsze godziła się na wszystko, dopóki ogarniałam szkołę. Wiedziałam, że muszę wszystko zdać, inaczej nie pojadę na kontrakt. Miałam mocną motywację! (śmiech) Zresztą to samo było ze studiami - mama powiedziała mi, nie ma opcji, że zrobisz sobie przerwę po średniej szkole, bo wtedy nigdy się nie zabierzesz za studia. I pewnie miała rację. Na studiach dziennikarskich w Poznaniu nie miałam żadnego urlopu dziekańskiego. Dziekan powiedział, że nie muszę bywać na zajęciach, ale podczas egzaminów taryfy ulgowej nie będzie. Karolina wylatywała więc między egzaminami, wracała tydzień przed i zdawała w terminie. Pracę licencjacką i potem magisterską pisałam w samolocie na kolanach albo między castingami.

O czym pani pisała?

Promotor powiedział, że chce przeczytać coś , co mnie interesuje. Pisałam więc o o różnicy postrzegania modelek w Azji i w Europie. Kanony piękna itd. Na obronie nie miał mnie kto zagiąć (śmiech).

Po co pani były właściwie te wybory Miss? Mam wrażenie, że startują w nich kobiety, które chcą zacząć swoją przygodę z modelingiem, może z mediami.

Dostałam zaproszenie przez Instagram. Pomyślałam: czemu nie? W Azji zostałam zauważona, w Europie już też pracowałam, a w Polsce stosunkowo najmniej. Poza tym nie umiem siedzieć na miejscu. Stagnacja w jakiejś dziedzinie sprawia, że dostaję szału (śmiech). W czasie pandemii , gdy wstrzymano sesje zdjęciowe, pracowałam jako niania. Potem byłam marketingowcem w restauracji, potem jeszcze kelnerką. Co chwilę coś kombinowałam: pracowałam w kawiarniach, cukierniach, sprzedawałam nawet balony z helem. Bardzo lubię kontakt z ludźmi i do tego jestem straszną gadułą. Dlatego praca w gastronomii była dla mnie idealnym zajęciem (śmiech). Nie wyobrażam sobie pracy w korporacji, za biurkiem od 8 do 16. Zwariowałabym!

Po eliminacjach online do konkursu, trafiła pani do finałowej 20 i na zgrupowanie w Łodzi. Jak tam było? Rywalki nie kopały pod sobą dołków?

No właśnie nie! Gdy o godz. 22 kończyły się zajęcia ze skomplikowanych układów choreograficznych i próby, spotykałyśmy się w pokojach i bawiłyśmy się jak podczas zielonej szkoły. Gdy podczas gali na żywo ogłaszano ostatnie wyniki, każda każdej przed wyjściem sprawdzała sukienkę, czy wszystko OK, czy buty w porządku itd. Na żadnym etapie nie doświadczyłam, by ktoś mi źle życzył.

Co jeszcze robiłyście na tym zgrupowaniu?

- Oj, dla mnie to było coś strasznego (śmiech). Przez 10 lat w modelingu oduczano mnie „rączek na bioderku” czy kołysania biodrami. Bardzo ciężko było się przestawić. Byłam przecież uczona typowego chodzenia na wybiegach: poker face, zero uśmiechu, a tu nagle uśmiech od ucha do ucha prawie całą dobę aż policzki bolały. I ta rączka na bioderku, i kołysanie - wszystko odwrotnie. Już mi się te biodra po nocach śniły! I cały czas napominanie: Karolina, uśmiech!

A potem megastres?

Taki, że z finału prawie nic nie pamiętam (uśmiech). Pamiętam tylko głos reżysera zza kulis, że za 10 sekund wchodzimy na antenę. Następnego dnia obejrzałam całość na laptopie. To, co trwało dwie godziny, minęło mi jak pięć minut. Pamiętam jeszcze, jak podczas pierwszego wyjścia trzęsły mi się policzki. Nie mogłam tego opanować. Myślałam tylko - żeby żaden zoom mnie teraz nie uchwycił!

O ile wiem, to Miss ma jakieś zobowiązania.

Miss tak, wicemiss trochę mniej. Już na początku mówiłam, że nie zrezygnuję z modelingu i czasem muszę podziękować za udział w jakimś evencie. Właściwie nawet na wyjazd do Kołobrzegu nie mam czasu, a tęsknię!

Za czym najbardziej?

Za goframi koło latarni morskiej (śmiech). Z twarożkiem. Bo jedzenie modelek to mit, który mogę obalić. Jem wszystko z hamburgerami, słodyczami, nutellą włącznie. A do Kołobrzegu wracam na gofry. Kiedyś zresztą sama je robiłam, bo pracowałam w tym miejscu (uśmiech).

Wracając do modelingu, nie sposób nie zapytać o niebezpieczeństwa czyhające na dziewczyny: napastliwych mężczyzn, oferty seksualne, może przemoc?

Przez te 10 lat w modelingu nie spotkałam się z żadną sytuacją, która byłaby dla mnie krępująca albo w której ktoś przekraczałby moje granice.

Ale wiem, że młode dziewczyny, które są ciekawe świata, znajdują się z dala od rodziców, mogą wpakować się w kłopoty. Chodzą do klubów, spotykają się z nieznajomymi itd. Zawsze byłam wyczulona na takie rzeczy. Bywałam w klubach, ale wszystko odbywało się z głową. Zauważałam jednak dziewczyny, które poczuły wolność za bardzo i trochę prowokowały los.

Poza tym modeling modelingowi nierówny. Zawsze latałam do dużych dobrych agencji. Nigdy nie zdarzyła mi się sytuacja typu: powrót w pojedynkę do domu, powiedzmy o godz. 4 rano. Co ciekawe, najbezpieczniej było w Chinach. Ale to specyficzny kraj. Wszędzie monitoring. Tam nie ma więc np. kradzieży. Torebki zostawionej przez kogoś na przystanku nikt nie zabierał. W Mediolanie czy w Atenach zdarzało się, że w drodze wieczorem ktoś zaczepiał - trzeba było przyspieszyć kroku. W Azji nigdy. Ale są jeszcze inne niebezpieczeństwa. Myślę o wystawieniu młodej osoby na opinię innych. Na oceny, które ta młoda osoba za bardzo bierze do siebie. Gdy przybiera to zły obrót, pojawiają się głodówki, płacze, stany depresyjne.

Bo mamy jakieś poczucie własnej wartości, a tu nagle pojawiają się ludzie będący autorytetem - np. casting director - którzy mówią: jesteś za gruba, masz niesymetryczną twarz, za duże biodra itd. Nieprzygotowana na to dziewczyna zaczyna na siebie patrzeć inaczej, dostrzegając te swoje „wady”. Jeżeli ma słabą psychikę, może to odebrać jako koniec świata. Ja też spotykałam się z negatywnymi komentarzami. Najczęściej chodziło o moje biodra. Ścigało mnie to przez lata: 2-3 cm za dużo. Musiałam zrzucać, potem pilnować, bo agencje wyznaczały mi takie, a nie inne wymogi. Ale ja to traktowałam jako motywację do działania. Szerokie biodra? Dobra! Jadę na siłownię - przycisnę i będzie super. Nie twierdzę, że nie można modelce powiedzieć, że jest za gruba. To jak z piłkarzem, który musi zachować formę. Poza tym w modelingu jest tak, że jeśli nie pójdę dla tego domu mody, do którego nie pasują moje biodra, to pójdę dla kogoś innego. Castingi siłą rzeczy są okrutne - 20 dziewczyn stoi w linii, naprzeciw jakiś człowiek, który mówi: ty, ty i ty. Reszta do widzenia. I nie ma emocji, przeprosin itd. To norma. Na początku też miałam poczucie niesprawiedliwości. Jechałam na casting 1,5 godziny, pomyliłam autobus, musiałam wsiadać w kolejny i nagle ktoś nawet nie zapytał, jak mam na imię. Co dopiero mówić o poświęconej uwadze? To jak mam się wykazać? Zawsze mnie uczono, że wygląd to nie wszystko, że ważny jest charakter i nagle ktoś ma to gdzieś. Bywały łzy w oczach, a potem budowanie grubej skóry, która jest w tym fachu potrzebna.

Jakie są plany na przyszłość I Wicemiss Polonia? Dziennikarstwo? Marketing?

Chcę wycisnąć z modelingu, ile się da. W tej branży wiek przestaje się liczyć. Ważne jest to, na ile się wygląda. Mama zdradziła mi kiedyś, że jej marzeniem jest moje zdjęcie na okładce magazynu (śmiech). I dostała taki magazyn. Ja ciągle szukam czegoś nowego. Zaczęłam działać jako influencerka na Instagramie. Wiem, jak to brzmi (uśmiech), ale to dla mnie kolejne pole do popisu. Dopóki to działa i prosperuje jako druga praca, będę z tego korzystać. Dodatkowo już się zajmuję marketingiem marki. Jestem odpowiedzialna za kontakty z influencerami, za organizowanie im sesji, za tworzenie kontentu. Cały czas jestem związana z szeroko rozumianym modelingiem. I bardzo mi się to podoba. Ale lubię też pracę z kamerą. Gdybym kiedyś dostała jakąś propozycję telewizyjną, to dlaczego nie? Cały czas staram się robić coś, co mnie cieszy, angażuje, uczy, rozwija. Zobaczymywięc, co przyniesie przyszłość.

Iwona Marciniak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.