Ludzie Roku Gazety Krakowskiej. Dariusz Popiela: Jestem świadkiem przebudzenia

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Katarzyna Kachel

Ludzie Roku Gazety Krakowskiej. Dariusz Popiela: Jestem świadkiem przebudzenia

Katarzyna Kachel

Działalność społeczna. Kajakarz górski, olimpijczyk, ośmiokrotny mistrz Polski, inicjator Fundacji Rodziny Popielów Centrum. Nagrodę dostał za realizację projektu „Ludzie, nie liczby -Grybów”, który przywraca pamięć o Żydach z okręgu sądeckiego, za pozyskanie do projektu lokalnej społeczności. 3 listopada 2019 r. na cmentarzu żydowskim w Grybowie odsłonięto obelisk i tablice zawierające 1774 nazwiska mieszkańców Grybowa i okolicznych miejscowości, rozstrzelanych i zgładzonych w obozie Zagłady w Bełżcu. W tym roku projekt realizowany jest w Czarnym Dunajcu gdzie upamiętnionych zostanie z imienia i nazwiska prawie 500 ofiar Zagłady.

Bo każdy miał imię?

Imię, które zostało zastąpione numerem. Proszę sobie wyobrazić, że po człowieku zamiast nazwiska, historii, jego dokonań zostają liczby, wśród których tylko jedna,nie wiadomo która, należy do niego. Chcieliśmy je zamienić na litery. Bo nazwać kogoś z imienia i nazwiska po tylu latach, to tak jakby dać mu prawo do własnego grobu. I tak 1774 numerów, pod którymi kryli się mieszkańcy Grybowa czy 256 z Krościenka nie tylko odzyskało swoje personalia, ale także miejsce.

Ktoś te imiona pamiętał?

Zawsze się boję, że nikogo takiego nie znajdę. Ale kiedy zaczynam kolejny projekt, okazuje się, że na miejscu są świadkowie historii, którzy wiedzą, mają to gdzieś zapisane, zachowane. Podczas prac w Krościenku, który był moim poligonem doświadczalnym, byłem na początku sam . Jeździłem do archiwum, konsultowałem z dr Karoliną Panz, szukałem źródeł. Kiedy udało mi się znaleźć maleńki fragment życiorysu, kilka zdań, czułem się tak, jakbym po trochu odzyskiwał człowieka. Dlatego początkowy pomysł, by ogrodzić cmentarz i postawić tablicę ku pamięci Żydów, nagle wydał mi się niewłaściwy. To tak jakby z tylu indywidualności uczynić masę bez nazwisk, a przecież każdy to nazwisko miał. Wtedy działałem spontanicznie, nie myślałem, że coś z tego się narodzi. Mówią, że jeśli jest pod górkę, to jest to bardziej wartościowe, ale mnie przy kolejnym projekcie „Ludzie, nie liczby”, który miał upamiętnić 256 zamordowanych mieszkańców Krościenka wszystko układało się tak, jak chciałem. Dlatego, kiedy odbierałem za to wyróżnienie Muzeum Polin pomyślałem, jak niewiele trzeba prócz serca i chęci, by taka praca została zauważona. Może więc warto ją kontynuować? Pierwszy krok miałem za sobą, wiedziałem, że by to się udało, należy aktywować lokalną społeczność, wśród nich są ci, którzy mimo niezrozumieni żyją przeszłością, szukają w archiwach, wiedzą.

Pan też spotkał się z niezrozumieniem?

Na początku pytali, po co ty się tym zajmujesz, po co szukasz. Może mu odbiło, przecież nie ma korzeni żydowskich. Ale tu chodziło o wrażliwość, chęć poznania. Wielu ludzi robiło to właśnie z takich, czysto ludzkich pobudek. Nie po coś. Dla siebie, dla pamięci. Kiedy sobie to uświadomiłem, chciałem iść dalej, chciałem o tym mówić.

Ale przecież wiele mówi się o holocauście.

Tak, ale o zagładzie w milionach, w tysiącach, to są jakieś kosmiczne opowieści, które nie przemawiają do wyobraźni, zwłaszcza młodych. Wiem, bo do mnie też nie przemawiały, dopóki nie poznałem historii mieszkańców mojego miasta, konkretnej kamienicy, ich nazwisk, imion ich dzieci. Tak naprawdę w tej narracji liczy się jednostkowa historia człowieka, który żył w tym społeczeństwie, zajmował jakieś stanowisko, wracał do domu tą czy tamtą ulicą. Wtedy dostrzegamy coś więcej niż tylko numer. Historia Żydów to nie tylko obozy zagłady. Mówimy o tym za mało; w liceum to tylko godzina o śmierci 3 milionów ludzi. Trochę mało.

To też nasi sąsiedzi?

Których nazwiska zostały zapomniane, wymazane. Przed wojną w Nowym Sączu żyło 30 procent Żydów, więc to nie są obcy, to ci, którzy żyli obok moich przodków, mojej rodziny. Może się znali, może ich drogi się przecinały. Zrodził się we mnie wówczas sprzeciw, może nawet bunt, że tak łatwo się ich pozbyto. Okazało się, że są osoby, które myślą jak ja, które się tym już zajmują. Tak powstał Sądecki Sztetl, czyli program, który miał przywracać pamięć ludzi, którzy tu mieszkali.

Jak dobrze znał pan ich historie?

Nie miałem o niej pojęcia. Kiedy zacząłem chodzić śladami sądeckich żydów i szukać o nich informacji, tym, co mnie dogłębnie ujęło to losy pojedynczych ludzi, opowieść o danej rodzinie, dziadku, mamie, córce, które poznałem dzięki Łukaszowi Połomskiemu. Często traktujemy historię jak kartkę z podręcznika, nudną notkę. A pod nimi kryją się osoby z krwi i kości, z konkretnej kamienicy. Zdziwiło mnie, że w mieście nie było pomników, gdzie można złożyć hołd tym rodzinom, to mnie nakręciło do działania. Mam nadzieję, że w 2022 roku w 80. rocznicę Akcji Reinhardt, której celem było zgładzenie ludności żydowskiej (skazano wówczas na śmierć 16 tysięcy mieszkańców Sądecczyzny), pomnik będzie gotowy.

Coraz więcej osób chce o tym pamiętać?

Kropla drąży skałę. Na początku w rocznicę likwidacji getta świeczkę zapalały może trzy osoby, później pojawiały się kolejne, dołączali przedstawiciele ratusza. Żyliśmy nadzieją, że tych, którzy chcieliby przyjść jest więcej, ale może nie mają czasu, albo się boją?

Ta świeczka jest ważna?

Może to tylko symbol, ale mówi o tym, że nie zapomnieliśmy. Porównuję historię zagłady do współczesnych czasów i próbuję sobie wyobrazić, że nagle z dużego miasta, z dnia na dzień znikają dwa trzy osiedla. I co? Nic z tym nie robimy? Przechodzimy nad tymdo porządku? Dlatego ta świeczka i te rocznice są istotne, bo świadczą o tym, że przeszłość to nie zamknięty rozdział. Historia to kontynuacja; to kim byliśmy i jak żyliśmy wczoraj wpływa na to kim jesteśmy i jak żyjemy dzisiaj. Nie może nam w tym przeszkadzać rozgrywana politycznie sprawa restytucji. Nam nie chodzi o budzenie demonów.

Historia polsko-żydowska nie jest czarno-biała, jak więc o niej mówić?

Prowadzić dialog, dyskutować, a nie walczyć. Bo bez wiedzy o tym, co było wczoraj, nie będziemy rozumieć tego co dziś. Polskość to nie jest tylko Jan III Sobieski, Piłsudski na kasztance i dni pełne chwały. To bagaż, który niesiemy przez pokolenia, pełen złych i dobrych doświadczeń. Nie chodzi o to, by brać odpowiedzialność za działania swoich dziadków, ale zmierzyć się i coś z tym zrobić. Bo to nasz czas i to, co my pozostawimy przyszłym pokoleniom, zależy od nas. Dla mnie sprawa jest prosta; jeśli grób wygląda jak łąka, a nagrobki są zdewastowane to chcę, by z powrotem ci, którzy są tam pochowani, odzyskali przynależne im miejsce. Jeśli ktoś myśli inaczej, to stawia się po tej samej stronie co naziści, którzy chcieli kompletnego wymazania żydowskiej społeczności. I tak, to co dla jednych może być skomplikowaną historią, dla mnie staje się czymś prostym, bo dotyka fundamentalnego pytania o pamięć o ofiarach. To nasz obowiązek. Oczywiście trzeba patrzeć na historię z różnych stron, ta sama karta dla jednych była tragedią dla innych chlubą. Trzeba umieć to ważyć. Nie chodzi o to by budować okopy, ale mosty. Nie zapominać o tym, co złe, ale szukać tego, co wspólne.

W czasach haseł: Polska dla Polaków odnawianie żydowskich grobów, wydaje się dość wywrotowym pomysłem. Zwłaszcza w miejscach, w których słowo Żyd budzi złe skojarzenia. Nie pytano Pana, po co rozdrapuje pan rany, rozkopuje groby?

Nawet w rodzinie na samym początku było zdziwienie. Po co mi to, skoro to nie moja historia? Zdanie najbliższych zawsze było dla mnie ważne, tak więc stało się to dla mnie swoistym testem. Spędziłem wiele czasu na czytaniu, zgłębianiu wiedzy, by to stereotypowe podejście spróbować rozbroić. Dziś zarówno tata, jak i mój teść są głównymi motorami projektu. Może dlatego że pokazałem im, iż za liczbami ofiar stoją starcy, dzieci, konkretni mężczyźni, osobiste dramaty a nie wielka polityka. Muszę przyznać, że sam, na początku nie wiedziałem, jak do tego tematu podejść, czy to że jestem sportowcem, reprezentantem Polski pomoże, czy zaszkodzi idei? Czy powinienem robić to otwarcie, czy z tylnego siedzenia, czy wreszcie moim sponsorom się to spodoba?

I do czego pan doszedł?

To jest pytanie o to, kim ja jestem i chcę być. Ale kiedy uznałem, że to jest część mnie i nie mogę z tego zrezygnować, bo komuś się to nie spodoba, dylematy się skończyły. Na szczęście nie musiałem wybierać i dalej robię swoje. Mam przed oczami te sto, dwieście, tysiąc ofiar - Sarę, Rachelę, Gitlę, Heszkę, ich dzieci. Sam jestem ojcem rodziny, dostrzegam tragizm tych wszystkich rodzin, które tu, na moich ziemiach umierały.

Jakim trzeba być człowiekiem, by przywracać pamięć?

Świadomość, że robię to dla ofiar sprawiła, że przestało mnie obchodzić, czy się to komuś podoba czy nie. Wiem, że to ma sens. Jasno to widać, kiedy na odsłonięciu pomnika stoją koło siebie rabini, księża, mieszkańcy i potomkowie zamordowanych, kiedy komuś płyną łzy. Czuję wtedy, że jestem na właściwym miejscu. Że dla tych kilku minut warto było pracować ponad rok.

Że to ma sens?

Czułbym, że ma to sens nawet wtedy, gdybym sam stał na tym cmentarzu.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.