Leszek Waligóra

Polski fotoreporter, Paweł Matysiak, na wojnie: Ukraina ma szare oczy

- Aparat jest dla mnie tarczą. A potem zaczynam analizować skalę bezsensownego okrucieństwa - mówi fotoreporter. Fot. Paweł Matysiak - Aparat jest dla mnie tarczą. A potem zaczynam analizować skalę bezsensownego okrucieństwa - mówi fotoreporter.
Leszek Waligóra

Rozmowa z Pawłem Matysiakiem, fotoreporterem redakcji „Faktu”, korespondentem wojennym utrwalającym obiektywem obrazy z wojennej Ukrainy. Siedzimy nad zdjęciami, z których każde jest opowieścią. Długą, krótką, wstrząsającą, a nawet - czasem - żartobliwą. To zapis wojny. I nie każde z tych zdjęć można pokazać publicznie.

Dobrze sypiasz?
Tak, nie mam z tym większego problemu. Ale dużo myślę o tym, co widziałem i słyszałem. Bardziej porównawczo, jadę autem, patrzę i zastanawiam się, czy my byśmy potrafili się tak postawić.

A tam się dało spać?
Na początku to było tak: przychodzi godzina 22-23 - wyją syreny. Zrywam się, kamizelka, plecak ewakuacyjny, lecimy do schronu. A inni dziennikarze: spokojnie, to tylko godzina policyjna. Rano hymn zamyka godzinę policyjną. Ale spałem. Pewnie dlatego, że byłem potwornie zmęczony.

Jak się organizuje taki wyjazd?
Sprzętowo - to jak na każdą robotę. Dużo baterii, backupowy sprzęt, komputer, rzeczy na zmianę, śpiwór, karimata - nie wiesz, gdzie będziesz spał. Redakcja wyposażyła mnie w wysokiej klasy hełm wojskowy i wysokiej klasy kamizelkę kuloodporną. Taką, która zatrzymuje strzał z kałasznikowa.

Czujesz się bezpiecznie w czymś takim?
Jak widzisz zniszczenia, które tam są - to nie. Ale jest to zawsze jakieś zabezpieczenie, najważniejsze części ciała są schowane. W razie gdyby bomba gdzieś niedaleko wybuchła, przed odłamkami ochroni. A założeniem naszego wyjazdu było to, że nie pchamy się na pierwszą linię frontu, jedziemy tam, gdzie już jest spokojnie, dokumentujemy to, jak ludzie przeżyli.

Pierwsze spotkanie z wojną?
Podróż do Kijowa zajęła nam prawie dwa dni. Po drodze było widać zniszczenia. Jakiś rozwalony czołg, zbombardowane domy… Po kilku kilometrach człowiek już się z tym opatrzył. Dojechaliśmy do pierwszego leja po bombie. Głęboki na 4-5 metrów, wielki. To było pod wsią Andrejewka, która była przez miesiąc pod okupacją rosyjską. Chyba wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że czym innym jest oglądać to w telewizji, a czym innym na żywo. Jak zaczęliśmy jeszcze rozmawiać z ludźmi, zaczęli opowiadać swoje historie… Na przykład pan Wiktor, który prawie przez miesiąc żył ze swoją matką w ziemiance. Rosjanie nie pozwalali im wyjść, nawet nieczystości wystawić na zewnątrz.

A potem był pierwszy znak: uwaga, miny. Założyliśmy kamizelki, hełmy i poszliśmy pytać żołnierzy, jak z tymi minami jest. Mówią, że głównymi drogami można, ale nie na pobocza, a jak chcemy na siku - to czubkami palców do krawędzi drogi.

To też jest na początku dziwne, ale potem się przyzwyczajasz.

Patrzysz na ofiary wojny cały czas jako fotoreporter?
Jak robię zdjęcia, to aparat jest dla mnie tarczą. Chcę coś pokazać, mam taki temat zadany i to muszę zrobić. Robię zdjęcie. A potem wieczorem zrzucam zdjęcia, zaczynam analizować skalę tego bezsensownego okrucieństwa.

Co wtedy czuje człowiek, który z takim okrucieństwem styka się zawodowo?
Chcesz im pomóc, z całego serca. Ale też wiesz, że musisz zadbać o swoje jedzenie, masz swoją apteczkę ze stazą, ona jest twoja, nie możesz się nią dzielić. Możesz dać paczkę fajek, zresztą dawałem. Bo oni tam nie mają nic. Mieli biedę, to nawet tę biedę im ktoś zabrał. Temu Wiktorowi, który miesiąc spędził w ziemiance, jak przyszli ruscy, to - telefon był stary, rozbili. Radio było stare - sowieckie, jak mówił Wiktor - to też rozbili.

Rozmawialiśmy z trzema braćmi, z których każdy jeden stracił wszystko. I takich ludzi są tam tysiące. A oni już chcą się odbudowywać. To taki kraj.

Zetknęliście się z Rosjanami?
Nie.

Mówisz, że aparat jest jak tarcza. Ale czy masz na wojnie takie odruchy, żeby zostawić ten aparat i zrobić coś innego? Wziąć karabin?
Nie, nie. Nie byłem w takich okolicznościach. Ale byłem we wszystkich tych miejscach, gdzie była wojna. Te miejsca zbrodni dokumentowaliśmy.

Gdzie byliście?
Spaliśmy na Majdanie, byliśmy w Buczy, Makarowie, w Borodziance, w Buzowej, w Andrejewce.

Szliście szlakiem zbrodni.
Zbrodni i okupacji.

Czego tam nie sfotografowałeś, a widziałeś?
Niczego.

Fotografowałeś wszystko?
Tak.

Po prostu niektórych rzeczy się nie publikuje?
Tak.

Pytam jak dziennikarz dziennikarza. Mamy swoje zasady, staramy się nie publikować zdjęć zwłok, przez pewien szacunek, delikatność. Ale to też powoduje, że w odbiorze ta wojna jest czysta.
Tak. Choć w „Fakcie” zdarzyło się, że zdjęcie zwłok opublikowaliśmy. Ale starałem się je fotografować delikatnie. Wiesz, o co chodzi…

Na zdjęciach zapachu nie pokażesz.
Nie. To zostaje. Zostaje w nosie, zostaje na brodzie.

Byliśmy na ekshumacji masowego grobu, dziennikarze z całego świata ustawili się dookoła. Ale gdy zaczął wiać wiatr… wszyscy stali już tylko w jednym miejscu. To nie są przyjemne widoki i to nie są widoki dla każdego. Widziałem dziennikarzy, którzy odwracali głowy, widziałem takich, którzy płakali.

I co możesz wtedy zrobić?
Sfotografowałem to, wysłałem do redakcji, redakcja z dużym wyczuciem wybrała zdjęcia do publikacji. Zrobiłem to, pokazałem, że to nie jest ściema, bo i takie rzeczy się słyszy. Na pewno sobie te zdjęcia za jakiś czas wydrukuję i schowam do pudełka. Żeby były.

Nikt mi nie powie, że jest coś takiego jak czysta wojna, nikt mi nie powie, że…

Jak reagujesz na ludzi, którzy mówią, że ta wojna to ściema?
Nawet nie wchodzę w polemikę. Ci, którzy wiedzą, to wiedzą, a reszta…

Co Ci zapadło w pamięć?
Cierpienie. Wstrząsnął mną widok przy masowym grobie. Wydobywali dwa małe worki. W jednym… było widać, że to kończyna. A w drugim… w drugim było dziecko. Wiadomo, ludzie umierają. Ale dzieci? Na wojnie? Przecież oni tam weszli i… i co? I rozwalali…

Byliśmy też na tej ulicy, na której leżały zwłoki. Istniało duże zagrożenie, że są zaminowane, a służby - jakoś musiały je stamtąd ruszyć. Robili to bosakami, najpierw przewracali ciało, raz, drugi. I dopiero jak było wiadomo, że jest czysto - podchodzili i wsadzali zwłoki do worka. Oczywiście z całym szacunkiem. To była Bucza, wszyscy wiedzieli, że było źle.

A potem byliśmy w Borodziance, to ta miejscowość, gdzie zostały zbombardowane wieżowce. Żadnych obiektów militarnych. Ludzie chowali się po piwnicach. Z jednego z takich zbombardowanych bloków przez 5 dni dochodziły sygnały, że są ludzie, że potrzebują pomocy. Rosjanie nie pozwolili. Aż sygnały przestały dochodzić.

To nie jest zezwierzęcenie. Zwierzęta się tak nie zachowują.

A teraz pracują tam strażacy i szukają. W naszych mundurach, w niemieckich, w brytyjskich. Mają za mało ciężkiego sprzętu, ale szukają. Przerzucają piasek i znajdują kości. Wtedy jeszcze nie umiałem rozpoznać, co może być ludzką kością. A po zdarzeniu w Makarowie już umiałem.

Co się zdarzyło w Makarowie?
Rosjanie ostrzelali obiekty kompletnie niewojskowe. A tam mieszkanie 80-letniej pani Anny, która miała problemy z poruszaniem się. Wszyscy zbiegli do schronu, a ona nie zdążyła. Jeden z pocisków przebił się przez trzy ściany bloku z wielkiej płyty, utknął w ścianie toalety i nie wybuchł. Zapalił się. I wszystko wokół. Szkło zaczęło się topić. I tam widziałem łóżko. I pozostałości po pani Annie.

A potem wracasz do swojego domu...
I zaczynasz doceniać to, że mamy względnie bezpiecznie. Że nie wyją syreny. Że nasze dzieci nie są narażone na takie widoki. Że plac zabaw służy dzieciom, a nie na stanowisko moździerzowe - tak jak w Borodziance.

Czy ta dziennikarska robota jest potrzebna?
Jak zobaczyłem to wszystko, to poczułem, że trzeba to pokazywać. Bo ludzie sobie mogą nie zdawać sprawy, że to jest aż tak dramatyczna sytuacja.

Co jeszcze, co w ogóle możemy zrobić?
To pytanie zadawaliśmy też na Ukrainie. A oni mówili, że teraz to potrzebują broni i zamkniętego nieba. I broni. I broni. I broni. A później będzie trzeba odbudowy.

Jak ich zmieniła wojna?
Mają szare oczy. Cali są szarzy.

To zrezygnowanie?
Nie, oni mają siłę. Są razem. Ale widać po nich, że przeżyli rzeczy straszne. Wojna to nie jest coś, co ludzie powinni oglądać. Zwłaszcza wojna w takim wydaniu.

Mówi się często, że ta wojna stworzyła naród. Ale z tego co mówisz, naród już był. I gdyby nawet Rosjanie podbili…
Nie, oni Ukrainy nie podbiją. To jest naród. Naród, który jest bardziej zachodni niż wschodni.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Leszek Waligóra

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.