Repolonizacja mediów wg polityka PiS

Czytaj dalej
Fot. Piotr Smoliński
Norbert Kowalski

Repolonizacja mediów wg polityka PiS

Norbert Kowalski

Miał przyczynić się do odsunięcia od pracy dziennikarza. Jednak Ryszard Czarnecki jest też znany ze swoich poglądów na temat konieczności repolonizacji mediów. Eksperci uważają, że to byłby duży błąd.

- Sytuacje, w których politycy dzwonili do dziennikarzy lub szefów redakcji już się zdarzały. Nie do zaakceptowania jest jednak to, że teraz po takim telefonie doszło do odsunięcia dziennikarza od pracy. To sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, zwłaszcza w medium publicznym jakim jest Radio Merkury

- nie ma wątpliwości dr Szymon Ossowski, medioznawca i politolog z Wydziału Nauk Politycznych UAM.

Polityk interweniował u szefa radia?

W poniedziałek w „Kluczowym Temacie”, porannej audycji Radia Merkury, gościem Macieja Kluczki był Ryszard Czarnecki, europoseł PiS z Wielkopolski. Pod koniec rozmowy dziennikarz zaczął dopytywać europosła o wykształcenie jego syna Przemysława, który obecnie jest posłem z ramienia PiS i tytułuje się jako analityk ds. bezpieczeństwa. Kluczka pytał Ryszarda Czarneckiego czy jego syn na pewno ma odpowiednie wykształcenie, by tak o sobie mówić.

„Proszę pana, niech pan zrobi z nim wywiad, tylko niech pan się przygotuje, dobrze panu radzę, bo jest bardzo dobry” - usłyszał od europosła. Na tym rozmowa się zakończyła. Ciąg dalszy nastąpił jednak po audycji. Wtedy to europoseł miał zadzwonić do dziennikarza. - Miał pretensje, że pytałem się go o sprawy rodzinne i nie powinienem podejmować tego tematu. Twierdził, że to były pytania poniżej pasa, nie będziemy nigdy już rozmawiać i odłożył słuchawkę. Nie mogłem nawet powiedzieć pół zdania - opowiada Maciej Kluczka, który następnie został wezwany na rozmowę przez Arkadiusza Kozłowskiego, zastępcę redaktora naczelnego w publicznej rozgłośni.

Jak mówi Kluczka, Ryszard Czarnecki miał również dzwonić do jego kolegów z redakcji w sprawie rozmowy. Dziennikarz przypuszcza także, że europoseł mógł się kontaktować z kimś z zarządu radia lub prezesem rozgłośni Filipem Rdesińskim. Przypomnijmy, że został on prezesem Radia Merkury po wygraniu wyborów parlamentarnych przez PiS. W przeszłości sam bezskutecznie startował z list PiS w wyborach do Sejmu oraz publikował m.in. w „Gazecie Polskiej” i serwisie niezalezna.pl.

Co było później? Wywiad szybko zniknął ze strony rozgłośni. Przyczyną usunięcia materiału miała być właśnie rzekoma interwencja Filipa Rdesińskiego i jego rozmowa z Arkadiuszem Kozłowskim. Wtedy też miała zapaść decyzja o odsunięciu Macieja Kluczki od pracy przy materiałach na temat polityki. Oficjalnie tej wersji nikt nie potwierdza. Maciej Kluczka o odsunięciu od pracy przy tematach politycznych dowiedział się po kolegium redakcyjnym, we wtorek rano.

Kluczka obecnie jest na zwolnieniu lekarskim. Jeszcze w środę wieczorem z dziennikarzem kontaktował się Filip Rdesiński, który próbował załagodzić sytuację. Stanęło na tym, że dziennikarz poprosił o czas do namysłu. W nocy z środy na czwartek Rdesiński ogłosił na twitterze, że Maciej Kluczka wróci do pracy po zakończeniu zwolnienia. Sam zainteresowany temu stanowczo zaprzeczył w czwartek z rana.

- Nie widzę siebie dalej w Radiu Merkury. Sprawy zaszły już za daleko

- mówi.

Upolitycznione radio?

Filip Rdesiński zaprzecza, by Ryszard Czarnecki dzwonił do niego po poniedziałkowej audycji i wywierał wpływ na decyzje wobec dziennikarza. Zaprzecza też, by nakazał usunąć rozmowę z Ryszardem Czarneckim ze strony internetowej i odsunął Macieja Kluczkę od tematów politycznych.

- Reguły obowiązujące w naszej redakcji nakazują ostrożne zadawanie pytań dotyczące rodzin osób publicznych. Redaktor Kluczka miał, jak do mnie dotarło, zadawać tego typu pytania. Chciałem po powrocie (z Warszawy - dod. red.) odsłuchać tę rozmowę i sprawdzić, czy nie naruszała ona standardów dziennikarskich - opowiada Filip Rdesiński.

I dodaje:

- W środę wieczorem poprosiłem redaktora Kluczkę, żebyśmy wydali oświadczenie, że sprawa jest załatwiona i wracamy do normalnej pracy. Sądziłem, że wszystko jest już wyjaśnione i po rozmowie napisałem o tym na twitterze. Reakcja Macieja Kluczki z czwartku nie pozostawia złudzeń, że nie widzi możliwości porozumienia i sprawy najprawdopodobniej zaszły za daleko.

Na Filipa Rdesińskiego, Ryszarda Czarneckiego i Radio Merkury posypały się głosy krytyki, że stacja została upolityczniona. Przypomnijmy, że po objęciu władzy przez PiS część dziennikarzy została szybko zwolniona z rozgłośni. Niektórzy odeszli z własnej woli sprzeciwiając się polityce Filipa Rdesińskiego. Nieprzychylne komentarze pojawiały się również wobec Macieja Kluczki, któremu część osób zarzucała, że zrobił karierę dzięki „dobrej zmianie” w radiu, w wyniku której grupa doświadczonych dziennikarzy została zwolniona lub sama odeszła. Część osób wytykała też, że Kluczka nie protestował w okresie pierwszych zwolnień i odejść z radia.

- Pracowałem w Radiu Merkury już dwa lata przed zmianą zarządu. Faktem jest, że zacząłem prowadzić wywiady po przyjściu do radia Filipa Rdesińskiego i odejściu kilku dziennikarzy. Jednak od początku miałem dużą dozę niezależności zarówno co do zapraszanych gości, jak i podejmowanych tematów. Niestety, od kilku tygodni zaczęło się to zmieniać, aż do rozmowy z europosłem Czarneckim - odpowiada Maciej Kluczka.

O całej sytuacji chcieliśmy również porozmawiać z Ryszardem Czarneckim. Mimo wielokrotnych prób, a nawet umówienia się na rozmowę na konkretną godzinę, ostatecznie nie odbierał naszych telefonów. Początkowo europoseł prosił, żeby zadzwonić około godziny 12.30. Następnie poprosił o telefon o godzinie 14.30 wyjaśniając, że przybywa na głosowaniu w europarlamencie. Po tej godzinie, do momentu zamknięcia wydania gazety, nie odebrał naszych telefonów.

Wcześniej zaprzeczał jednak na twitterze, że interweniował u Filipa Rdesińskiego. „Oczywiście, że nie miałem z tym nic wspólnego. Ale robienie ze mnie wszechmocnego nawet mi pochlebia...” - napisał Czarnecki.

Coraz niższa słuchalność

Największe wzburzenie w tej sprawie budzi fakt, że po interwencji polityka rządzącej partii, od swoich obowiązków miał zostać odsunięty dziennikarz, który wcześniej przeprowadzał z nim rozmowę. Chociaż Filip Rdesiński zaprzecza, by taka sytuacja miała miejsce, jeden z pracowników rozgłośni potwierdza nam, że Czarnecki dzwonił do kilku osób z Radia Merkury.

- W tej sytuacji mamy słowo przeciwko słowu. Nie wyobrażam sobie jednak, by dziennikarz był odsuwany od materiałów ze względu na zadawanie trudnych pytań. To nie powinno mieć miejsca i myślę, że w tym przypadku też nie miało

- przekonuje Szymon Szynkowski vel Sęk, poseł PiS i były członek rady programowej Radia Merkury. I dodaje: - Nie wyobrażam sobie, by w jakimkolwiek medium publicznym dziennikarz mógł być odsunięty od pracy za zadawanie trudnych pytań i z powodu interwencji jakiegokolwiek polityka.

Chociaż w ostatnich dniach krytyka wobec Radia Merkury skupiła się na sprawie Macieja Kluczki, nie jest to jedyny problem publicznej rozgłośni. - Sytuację Radia Merkury po objęciu władzy przez PiS najlepiej obrazują badania słuchalności. A te pokazują, że w ciągu roku Radio Merkury straciło prawie trzy punkty procentowe - komentuje dr Szymon Ossowski.

Media w rękach władzy? To bardzo złe rozwiązanie

O Ryszardzie Czarneckim zrobiło się głośno nie tylko dzięki ostatniej audycji w Radiu Merkury. Polityk wcześniej wielokrotnie wypowiadał się już na temat konieczności repolonizacji mediów.

- Polska jest jedynym dużym krajem w Unii Europejskiej, gdzie jest taka koncentracja kapitału obcego w mediach. Sytuacja, w której firmy niemieckie posiadają sporo mediów lokalnych, nie tylko centralnych, jest niezdrowa. Trzeba to zmienić

- mówił Ryszard Czarnecki w rozmowie z Onetem.

Podobną opinię wyrażał także w radiu Tok.fm. - To dobry pomysł, by spółki Skarbu Państwa i państwo polskie działało, proponując wcześniej czy później odkupienie gazet lokalnych czy centralnych od zachodnich koncernów. Należy repolonizować media w naszym kraju - opowiadał europoseł.

Repolonizacja, o której wspominał, może odbywać się na dwa sposoby. Jeden z nich to wykup mediów od zagranicznych spółek przez prywatnych polskich inwestorów.

- Dobrze byłoby gdyby większość mediów miała za sobą polski kapitał, ale jego po prostu nie ma. W tej chwili nie ma biznesmenów, którzy mogliby przejmować media z zagranicznym kapitałem - nie pozostawia złudzeń dr Szymon Ossowski.

Drugą opcją jest wykup mediów przez spółki Skarbu Państwa. - To byłoby bardzo złe rozwiązanie. Repolonizacja polegająca na przejęciu prywatnych mediów przez spółki Skarbu Państwa doprowadziłaby do znacznego ograniczenia pluralizmu w mediach, ze szkodą nie tylko dla odbiorców, ale i dla jakości polskiej demokracji - wyjaśnia dr Szymon Ossowski. W takim przypadku politycy rządzącego ugrupowania mogliby wpływać również na media „prywatne”, które w praktyce pośrednio należałyby do państwa.

- Często mówi się, że w Polsce 75 procent prasy ma kapitał niemiecki. To jednak ogromne uproszczenie. Po pierwsze jak już, to jest to kapitał niemiecko-szwajcarski. A po drugie media z kapitałem zagranicznym to także prasa kolorowa, która nie ma przecież większego wpływu na opinię publiczną oraz poglądy Polaków

- mówi dr Ossowski. I dodaje: - Gdyby media „zagraniczne” rzeczywiście celowo działały wbrew interesowi Polski, to czytelnicy, słuchacze czy widzowie by się od nich odwrócili.

Norbert Kowalski

Dziennikarz działu miejskiego w Głosie Wielkopolskim. Zajmuję się przede wszystkim tematyką sądowniczą i przestępczą. Poza tym piszę również o polityce, zarówno tej lokalnej, jak i ogólnopolskiej. Prywatnie jestem kibicem i wielkim miłośnikiem Bałkanów.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.