Stefan Niesłuchowski: Poszedłem do powstania mając 11 lat. Szybko stałem się dorosły

Czytaj dalej
Fot. Adam Jankowski
Anita Czupryn

Stefan Niesłuchowski: Poszedłem do powstania mając 11 lat. Szybko stałem się dorosły

Anita Czupryn

Po dwóch stawaliśmy na pedał, jeden drugiego łapał za szyje i huśtaniem odbijaliśmy gazety. Nigdzie później nie znalazłem wzmianki o tym, że harcerze swoim ciężarem odbijali w powstaniu gazety – mówi Stefan Niesłuchowski, powstaniec warszawski.

Był pan najmłodszym powstańcem?

Podobno z tego rocznika było nas trzech. Mówię podobno, bo żadnego nie spotkałem. Ale wiem o tym z rozmowy z komendantem; to była wiadomość przekazana ustnie, bo wtedy nie ze wszystkimi była łączność. Takie były wojenne warunki.

Dopowiem: kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, miał pan zaledwie 11 lat.

Łatwo obliczyć: jestem rocznik 33, a powstanie wybuchło w 44 roku.

Co ma w głowie 11-letni chłopaczek? Jak patrzył pan na to, co się wtedy działo? Bał się pan?

Bać się? Zupełnie nie. Tylko… bardzo szybko stałem się dorosły. Nigdy wcześniej tak o tym nie myślałem. Nagle spadły na mnie obowiązki. Miałem czworo młodszego rodzeństwa. Musiałem być odpowiedzialny. Ojciec zginął od razu; egzekucja nastąpiła obok naszego domu, jak tylko wyszliśmy z piwnic na ulicę. Nianię, która została z nami, Niemcy zabrali do ochrony swoich czołgów podczas ataku na PAST-ę. Wykorzystali kobiety, jako żywe tarcze, kazano im siadać na czołgi, a pozostałe szły obok, przemieszane z niemieckimi żołnierzami, którzy na hełmy nałożyli kobiece chustki. Niania znalazła się w pierwszym szeregu przed pierwszym czołgiem. Tuż przed barykadą powstańczą udało jej się uciec na stronę polską. Ja zostałem z rodzeństwem po stronie niemieckiej.

Ale o tym, że tata zginął rozstrzelany koło domu rodzina dowiedziała się dopiero po wojnie?

W zasadzie tak. Ale domysły zrodziły się już wcześniej. To ja może zacznę od początku. Mieszkaliśmy przy ulicy Marszałkowskiej, w trzecim budynku licząc od kościoła Zbawiciela, patrząc w kierunku Placu Unii. Kiedy zaczęło się powstanie byliśmy w domu: tata, niania i piątka dzieci. Okna z wykuszem wychodziły na ulicę Marszałkowską. 1 sierpnia o godzinie 17 padły pierwsze strzały. Niania powiedziała do ojca, albo może ojciec do niani: „Chyba się zaczęło!”. To pamiętam. Nie bardzo wiedziałem wtedy o co chodzi. Nie wolno było zbliżać się do okien. W kolejnych dniach nastąpiło pakowanie i zejście do piwnicy. Okazało się, że były już przygotowane przejścia do następnego bloku, a stamtąd, też piwnicami, do budynku na Mokotowską. Dużo ludzi z nami wtedy przeszło. Czekaliśmy, żeby wyjść na zewnątrz, jak się zrobi ciemno. Tam, w teatrze na Mokotowskiej zorganizowany był szpital powstańczy. Chodziło o to, aby tam się przedostać – na stronę polską. Nie zdążyliśmy. Nagle, na wyższym poziomie pojawił się Niemiec i nas zawrócił. Nawet niedawno byłem w tym miejscu i rzeczywiście dalej wszystko jest, jak było. Wtedy poszliśmy z powrotem, tą samą drogą.

Wówczas widział pan ojca ostatni raz?

Jeszcze z nami był, przeszliśmy piwnicami, wyszliśmy na podwórko. Budynki miały dwa podwórka – pierwsze od ulicy, następne między kolejnym budynkiem. Przeszliśmy przez dwa podwórka na Marszałkowskiej i przy wyjściu z bramy Niemcy zaczęli dokonywać selekcji. Ojciec, myśląc, że to coś pomoże, wziął najmłodszego brata na ręce i chciał wyjść. Niemcy nakazali dziecko zostawić. Z samych mężczyzn stworzyli oddzielną grupę. Niania przejęła więc braciszka od ojca i położyła go do wózka. Mężczyznom kazano iść w kierunku Placu Unii. Nam – czyli kobietom i dzieciom – przejść na drugą stronę ulicy Marszałkowskiej, przez tory i położyć się na chodniku. To bardzo charakterystyczne miejsce, dobrze je pamiętałem jeszcze do niedawna, ale niestety dziś już nie ma śladu. Wówczas, w podziemiach były tam toalety, a zamiast płyt chodnikowych były luksfery. Nie bardzo chciałem się kłaść na te luksfery, rozglądałem się wokół. Już wtedy tej grupy mężczyzn z ojcem nie widziałem.

Zdążył się pan z tatą pożegnać?

Nie, no skąd! Wszystko działo się błyskawicznie. O żadnym pożegnaniu nie było mowy. Ale długo nie wiedzieliśmy, gdzie ojciec został rozstrzelany – czy koło domu, czy na Szucha, bo tam zrobiono krematorium. Po latach przeczytałem w książce z serii „Warszawskie Termopile” wspomnienia jednego z Polaków, który zeznawał przed Komisją Badania Zbrodni Wojennych. Opowiedział, że kiedy też leżał wśród mężczyzn, podszedł do niego Ukrainiec, który był z Niemcami i rzucił: „Wstań, mam dla ciebie robotę”. Zaprowadził go na ulicę Oleandrów, róg Marszałkowskiej. Zobaczył ciała zastrzelonych mężczyzn. Usłyszał: „Macie wrzucać je do piwnicy”. Wrzucał zwłoki razem ze szwagrem przez piwniczne okienko. Po tym, jak wrzucili wszystkie, usłyszał, jak Ukrainiec powiedział do kolegi: „Swoje już zrobiłem”. Usłyszał strzał i jego szwagier padł. On sam, niewiele myśląc, dał nura przez to okno i spadł do piwnicy, chowając się pod zwłoki. Niemcy z broni maszynowej ostrzelali piwnicę, ale w niego nie trafili. Nagle poczuł, że coś się leje. Pociągnął nosem: benzyna. Następnie Niemcy wrzucili ogień, zwłoki zaczęły się palić. Wydostał się spod nich i uciekł w głąb piwnic. Tam, w podziemiach spotkał Polaka, który skrył się wcześniej. Potem spotkali kolejnych. W tych piwnicach mieszkali nawet po skończeniu powstania. Przeżyli, pijąc wodę z instalacji wodociągowej; jedzenie zdobywali ze spiżarek. Po latach ufundowali tablicę, zawisła ona na rogu Marszałkowskiej i Oleandrów. Czarna tablica, która w skrócie opisuje, co się tam zdarzyło. A od naszego domu do Oleandrów było parę metrów. Niemcy rozstrzelali tych wszystkich mężczyzn, w tym na 99 procent mojego ojca, bo nie opłaciło im się pędzić ich do Placu Unii. Tam zwożono i rozstrzeliwano tych zwiezionych z Dolnego Mokotowa.

Mężczyzn rozstrzelano, ale wam też groziła śmierć?

Tego wtedy nie wiedzieliśmy. Podobnie, jak nie wiedzieliśmy, że tych mężczyzn od razu rozstrzelają. Zatem kazano nam się położyć, ja się zacząłem rozglądać i widziałem, jak podpalają domy miotaczami ognia, przez okienka w piwnicy. Zobaczyłem też, jak nasz dom zaczął się palić. Potem pognano nas w kierunku Placu Unii, przez ulicę Litewską, dziś jest tam teatr Buffo, do Alei Szucha. Dzieci i kobiety. Kazano nam się zatrzymać przy zielonym skwerze i tam czekaliśmy. Na podwyższeniu ze skrzynki stanął Niemiec i zaczął przemówienie. Dowiedzieliśmy się, że za chwilę podjadą czołgi, kobiety wejdą między czołgi, potem się okazało, że na czołgi też. Jak już mówiłem, zabrano nianię i wtedy zostałem z rodzeństwem sam. To był ten moment, kiedy z 11-letniego chłopca od razu musiałem stać się dorosłym. Cała ta kawalkada - czołgi z kobietami i niemieccy żołnierze, którzy zabrali chustki kobietom i zawiązali je sobie na głowy – ruszyła w kierunku ul. Piusa XI, dziś jest to ulica Piękna – do Małej PAST-y, żeby przy pomocy czołgów uwolnić znajdujących się tam Niemców. Zadaniem kobiet było też rozebrać barykadę, żeby czołgi mogły wjechać do PAST-y. Potem z relacji niani pamiętam, że kiedy czołgi zatrzymały się przy barykadzie, jeden z powstańców zawołał do kobiet: „Głupie owieczki, co wy robicie? Tu jest przejście! Uciekajcie!” - i niania uciekła przejściem między barykadą a ścianą szczytową budynku. Powstańcy mieli dylemat ogromny: jedyną bronią na czołgi były butelki z benzyną, ale na czołgach były kobiety. Dwa czołgi zostały zniszczone, kobiety poparzone. Reszta czołgów wróciła. Atak Niemców się nie udał.

Co się działo z panem?

Kazano nam przenieść się na tyły budynku – dziś jest tam Ministerstwo Edukacji. Nie wiem, jak to się stało, ale z rodzeństwem znalazłem się w kotłowni pełnej koksu i siedzieliśmy tam do rana. Dostaliśmy po kubku kawy. Następnego dnia kazano wszystkim wyjść. To był tłum ludzi; znów kazano nam iść do Litewskiej, Litewską do Marszałkowskiej. Kiedy z rodzeństwem, prowadząc wózek, byłem na wysokości domu metodystów, Niemcy otworzyli ogień z broni maszynowej. Strzelali w plecy. Ludzie padali jak mrówki. Uciekałem manewrując wózkiem, w którym był najmłodszy brat, slalomem między ludźmi. Na wózku umieściłem też walizkę – to był nasz cały majątek. W którymś momencie walizka spadła. Dopchałem z rodzeństwem wózek do barykady i wróciłem po walizkę. Kiedy już z walizką dotarłem do barykady, nikogo nie zastałem. Rodzeństwo zostało „rozebrane” przez zupełnie przypadkowe kobiety, które były po „polskiej” stronie barykady. I jak się później okazało – rodzeństwo bardzo troskliwie zostało zaopiekowane.

A pan?

Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Na szczęście przypomniałem sobie, że niedaleko mieszka moja nauczycielka ze szkoły. Poszedłem do niej. Jak mnie zobaczyła, od razu chwyciła za kołnierz i do środka, do mieszkania. „Tu będziesz spał” – przydzieliła mi półkę w przejściu między kuchnią a pokojem stołowym. Tam było moje spanie. Przespałem noc, na drugi dzień znalazła mnie mama. Mama była w AK, jako łączniczka przeszła przez Aleje Jerozolimskie. Zaprowadziła mnie i zapisała do Szarych Szeregów. To był ten moment, kiedy zaistniałem jako powstaniec.

Gdzie mieściła się siedziba harcerstwa?

W stanicy, czy też kwaterze dla harcerzy przy ulicy Hożej, róg Marszałkowskiej. Przydzielono mi miejsce na górze, na piętrowym łóżku. Przez większą część powstania tam był mój dom. Ale najpierw z matką chodziłem podwórkami, szukać rodzeństwa. Jak odnaleźliśmy wszystkich, niania została obarczona opieką dziećmi; przydzielono im mieszkanie przy Marszałkowskiej. Ja poczułem się samodzielny. Miałem opaskę powstańczą i zaświadczenie, że wolno mi się poruszać po mieście. Byłem harcerzem, „zawiszakiem”. Roznosiłem listy, prasę. Na Wilczej była centralna poczta, tam mieliśmy zbiórki, tam rozdawano nam listy, które mieliśmy roznosić; tam też przynosiliśmy listy. W istocie to były karteluszki z zapisanym adresem i krótkimi wiadomościami, typu gdzie jest Stasia, a gdzie Małgosia. Znaczki pocztowe zostały wydrukowane dopiero pod koniec powstania. Dostaliśmy je na pamiątkę.

To były pana zadania?

Nie tylko. W miarę trwania powstania i różnych trudności, które ono przechodziło, spadały na nas – harcerzy Szarych Szeregów – różne inne jeszcze obowiązki. Przede wszystkim woda – nas, harcerzy obarczono obowiązkiem dostarczania wody do kuchni wojskowej i piekarni, na Wilczej. Wody w rurach już nie było, korzystaliśmy z miejscowych studni, na Hożej. Ustawiały się do niej bardzo długie olejki, ale myśmy mieli pierwszeństwo. Razem z kolegą nosiłem wodę w kociołkach do gotowania bielizny. Zna pani takie kociołki?

Znam.

Nieśliśmy je, trzymając za uszy, a żeby woda się nie rozlewała, to budowaliśmy krzyżak, który kładło się na wodę i wtedy ona nie wylewała się na zewnątrz. Potem zaczęło brakować pożywienia. Przynosiliśmy więc jęczmień z Browarów Haberbusha. Szliśmy zastępem, wykopem przez Aleje Jerozolimskie, z torbami na plecach. W Haberbushu żołnierze wskazywali, skąd mamy brać zboże. Ostrzegli: „Nie wchodźcie do środka, bo niebezpiecznie, bierzcie z brzegu”. Ale ja byłem trochę niesforny, pomyślałem, że ominę kolegę, który z brzegu jęczmieniem napełniał plecak. Dalej, o czym nie wiedziałem, był lej. Wyciągnięto mnie w ostatnim momencie. Do połowy wpadłem w jęczmień; wyjść o własnych siłach nie było można. No i ten jęczmień nosiliśmy na Wilczą, tam dostawaliśmy młynki do mielenia. Umieszczało się je między nogami i kręciło korbką; siedziało nas 10-15 i każdy kręcił. Gotowało się z tego tak zwaną zupę plujkę, bo pluło się łuskami, wypiekany był też chleb w brytfankach, jak do keksu. Po każdym takim dyżurze na do widzenia dostawaliśmy po bochenku chleba – miałem co zanieść do domu, dla rodzeństwa i niani. Chleb był wtedy największym bogactwem.
Ale też, jako że nie było prądu i silnik elektryczny nie był potrzebny, to po dwóch nas przydzielano do drukarni – taka drukarnia jest w Muzeum Powstania Warszawskiego. Drukarze potrafili wiele, zainstalowali więc pedał, podobny do tego, który miała maszyna do szycia, albo maszyna do borowania zębów u dentysty. Zainstalowano też duże, ciężkie koło zamachowe od ursusa, a my po dwóch stawaliśmy na pedał, jeden drugiego łapał za szyje i huśtaniem odbijaliśmy gazety. Nigdzie później nie znalazłem wzmianki o tym, że harcerze swoim ciężarem w powstaniu odbijali gazety.

Miał pan i takie momenty, że w czasie powstania jeździł rowerem po ulicy Marszałkowskiej. Jak to było?

(Śmiech). Kiedy mama mnie już znalazła i potem odnaleźliśmy rodzeństwo, to mama wykorzystując swoją przepustkę, postanowiła, że pójdziemy zobaczyć, jak wygląda nasze mieszkanie; przejście było przez piwnicę od strony ulicy Mokotowskiej. To była droga, którą chciał nas przeprowadzić ojciec, ale się nie udało. Mama chciała znaleźć dojście do naszej piwnicy, bo rodzice – wiedząc, że powstanie wybuchnie - wcześniej zgromadzili tam artykuły pierwszej potrzeby. Doszliśmy tam, zabraliśmy, co się dało, a po drodze ujrzałem leżący w gruzach rower. Pomyślałem, że będzie lżej, jeśli załadujemy to wszystko na rower. No i wtedy rzeczywiście przejechałem się kawałek ulicą, między Nowowiejską a Marszałkowską. To była wtedy strefa niczyja.

Jak pan pamięta Warszawę z okresu powstania, swoich kolegów harcerzy?

Nie wspomniałem, że niezależnie od kwatery na Hożej, gdzie się zbierała drużyna harcerska, to każdy zastęp miał harcówkę. Nasz zastępowy znalazł wolną piwnicę, oczyściliśmy ją, wywiesiliśmy flagę biało-czerwoną, lilijki i tam, w murach tej piwnicy, mieliśmy tradycyjne szkolenia harcerskie, uczyliśmy się wiązania węzłów, trenowaliśmy spostrzegawczość.

Był pan w Warszawie przez całe powstanie, które trwało 63 dni. A potem z mamą i rodzeństwem wyszliście z Warszawy?

Przez Starachowice i Kraków, trafiliśmy do Wrocławia. Tam miałem dwa lata dobrego, lwowskiego harcerstwa, bo Wrocław zaludniony był przez lwowiaków.
Pamiętam ostatnią zbiórkę na poczcie, na Wilczej. Dostaliśmy na pamiątkę znaczki. Zakopałem je razem z innymi moimi „skarbami” na Marszałkowskiej, pod budynkiem, w którym mieszkaliśmy. Budynek potem został rozebrany, a teraz obok jest sklep czeski.

Jakie to były skarby?

Aparat fotograficzny „Kodak” z kliszą; zrobiłem dość dużo zdjęć. Beret. Lilijka. Opaska powstańcza, ale ona nie wyglądała tak, jak te, które się nosi teraz. Opaska Szarych Szeregów była biało-czerwona, a na nią przyklejona była lilijka wycięta z kapelusza.

Może leżą tam do dziś?

Czy ja wiem? Marszałkowską potem poszerzono.

To, co przeżył pan w czasie wojny, zostaje potem na całe życie?

Tak się składa, że dziś na Litewskiej jest przychodnia dla kombatantów. Za każdym razem, jak tam jestem, patrzę na te ściany i w głowie staje mi ten obraz, jak idziemy do Szucha i z powrotem. Mniej przeżywam, kiedy znajdę się w miejscu, w którym ojciec prawdopodobnie został rozstrzelany, ale jak jestem na Litewskiej, to wracają wspomnienia. Zwykle 1 sierpnia chodziłem raczej na Plac Zbawiciela i tam czekałem godziny 17. Była ze mną córka, był syn. Potem szliśmy na obiad. Teraz tam już nie chodzę. Teraz 5 sierpnia spotkam się przy tablicy z kamienia na Marszałkowskiej, którą zawieszono na ścianie pierwszego domu od kościoła.

A w tym roku jak pan spędzi 1 sierpnia?

Jeszcze nie zdecydowałem. Może pójdę na Plac Zbawiciela. To jest moje miejsce z czasów dzieciństwa. Tam wokół placu jeździłem tramwajem „na cycku”; raz z bańką mleka wyskoczyłem z tramwaju na pełnym biegu. Zrobiłem parę kozłów, mleko oczywiście się wylało, do domu wróciłem potłuczony, z pustą bańką. Coś niani nakłamałem, a za chwilę dzwonek do drzwi. Sąsiadka z dołu – widziała, co zrobiłem i przyszła powiedzieć, aby zwrócić na mnie uwagę. Tacy byli wtedy ludzie. Nieobojętni.

Jak powstanie wpłynęło na pana życie?

Mama z Wrocławia przywiozła mnie do Warszawy; oddała mnie do internatu prowadzonego przez księży, na tyłach kościoła Jakuba przy Placu Narutowicza. Znała to miejsce, bo w tym internacie w czasie okupacji mieszkał siostrzeniec niani. Tam też mieściła się komórka AK i siostrzeniec w 1944 ruszył do powstania. Budynek stoi do dziś, nie został zburzony. Mieszkałem tam do 16 roku życia. Ówczesny dyrektor, biskup Dąbrowski, który był sekretarzem Episkopatu załatwił mi później pokój w domu parafialnym. Może liczyli, że pójdę na księdza, nie wiem. Miałem konserwować instalacje elektryczne w kościele, bo do elektryczności miałem ciągoty już wcześniej. Stamtąd trafiłem do wojska, a po wojsku dostałem się na Politechnikę Warszawską, na wydział elektryczny. W latach 80. działałem w Solidarności podziemnej. W moim domu była drukarnia. Rozwoziłem gazety, przywoziłem. Walka o wolność – to zostało we mnie.

Co dla pana liczy się dziś najbardziej w życiu?

W życiu bardzo brakowało mi ojca. Ojciec był domatorem i chyba po nim przejąłem to marzenie, aby mieć własny domek. Marzenie zostało zrealizowane. Dużo wcześniej rysowałem szkice, koledzy się podśmiewali, ale ja wiedziałem, czego chcę. Dostałem się do Zrzeszenia Budowlanego Domów Jednorodzinnych, warunek był – że przy budowie domów pracujemy sami. A jak wypracujemy do fundamentów – dostaniemy kredyt na dalszą budowę. Urząd miasta przydzielił działkę na wieczystą budowę, wybudowaliśmy do fundamentów, otrzymaliśmy kredyt, trzeba było jeszcze dopłacić 10 tysięcy złotych. W ten sposób, swoimi siłami, po pracy, a w moim przypadku jeszcze studiując, musiałem 24 godziny w ciągu tygodnia odpracować fizycznie, przy łopacie. Ale dom jest. Mogę więc powiedzieć, że w życiu liczy się, żeby mieć swoje miejsce.

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.