Bogumiła Rzeczkowska

Woda niosła ostatnie modlitwy i krzyk. Zanim utonęły w śmiertelnej ciszy

Drużyna „Mała piętnastka” w pierwszych latach po wojnie. Istniała od 1946 roku przy Szkole Powszechnej nr 161 Fot. archiwum Drużyna „Mała piętnastka” w pierwszych latach po wojnie. Istniała od 1946 roku przy Szkole Powszechnej nr 161
Bogumiła Rzeczkowska

Jezioro Gardno 1948. Śmiertelna otchłań pochłonęła życie harcerek. Katastrofa, która wstrząsnęła Polską.

18 lipca minęła 74. rocznica katastrofy na jeziorze Gardno. W najtragiczniejszym wypadku w dziejach polskiego harcerstwa zginęło 25 osób, 21 z nich w wieku 8-15 lat. 15. Łódzka Żeńska Drużyna Harcerek im. „Zośki” przy Szkole Powszechnej nr 161 w Łodzi istniała już od dwóch lat, gdy dziewczęta wyprawiły się nad morze. Drużyna, nazwana „Małą piętnastką” składała się z około trzydziestu dziewczynek, podzielonych na trzy-cztery zastępy. W 1948 roku drużynową była Teresa Sass.

Czekały na śmierć

Piękne lato na wybrzeżu, w miejscu, gdzie rzeka Łupawa przedziera się do Bałtyku, kusiło wycieczkami i szukaniem nowych przygód. Jezioro Gardno to było wyzwanie. Spokojna toń, jeszcze tylko pasmo mierzei, a chwilę później widok na szerokie wody morza. Dziewczyny z obozu w Gardnie Wielkiej nie mogły doczekać się wycieczki do Rowów. W niedzielę, 18 lipca, rano poszły do kościoła, a później pomaszerowały na brzeg. Czekały, czekały od rana do późnego popołudnia, a wiele z nich na własną śmierć.
Dwie poniemieckie łodzie mogły pomieścić 22 osoby. Jednak wsiadło do nich 45 osób, w tym 36 dziewcząt. Łódź motorowa była niesprawna. Przewoźnik nie miał koncesji. Mechanik nie potrafił wmontować motoru. Do nikogo nie trafiały przestrogi miejscowych rybaków, że łodzie są przepełnione.

Na jeziorze większa, bo 6,20-metrowa motorowa łódź, która holowała mniejszą rybacką, zaczęła przeciekać. Stanął silnik. Nie wszystkie dziewczynki umiały pływać. Chwytały się rozpaczliwie, wciągając jedna drugą pod wodę. Wszyscy szukali schronienia na mniejszej łodzi. Wybuchła panika. Echo roznosiło po jeziorze niesamowity krzyk, płacz, urywane słowa modlitwy, które tonęły razem z ofiarami. Otchłań pochłaniała coraz więcej osób.

Ocalonym z katastrofy udzielili pomocy mieszkańcy Gardny Wielkiej. Ciała ofiar wyłowiono. Dziewczynki, które jeszcze dawały oznaki życia, nie miały szans, bo wtedy nikt nie potrafił skutecznie udzielić pierwszej pomocy. Ułożono je w autobusie i przewieziono do Słupska. Dwie harcerki trafiły do szpitala z niewielkimi obrażeniami i szczęśliwie wróciły do zdrowia. To drużynowa Teresa Sass i Barbara Maciaszczyk.

Lekarz ze Słupska i mieszkańcy Gardny Wielkiej pomagali ocalonym dziewczynkom. Ułożono je w sali gimnastycznej i czuwano, by nie zasnęły. Później harcerki pozbawione opieki, bo nauczycielka utonęła, przeniesiono do Sieci, gdzie w innym obozie czekały na rodziców.

- Mój teść zawsze wspominał, jak ratował te dziewczynki – mówi dzisiaj Wioletta Szajter, była mieszkanka Gardny Wielkiej. - Rybacy wypłynęli wtedy na jezioro na połów. Zauważyli, że coś się dzieje, bo Gardno nie jest wielkie. Jednak zanim podpłynęli łodzią wiosłową, było już za późno. Tam nie było głęboko, ale łodzie były przeładowane, a harcerki wpadły w panikę. Dzisiaj z tamtych rodzin już mało kto w Gardnie mieszka, a o harcerkach najczęściej wspomina się w kościele.

Żałoba

20 lipca 1948, choć kraj szykował się do najważniejszych wtedy obchodów czwartej rocznicy Manifestu PKWN - doniesienia o tragedii na jeziorze zdominowały całą polską prasę. - Wstrząsający wypadek koło Ustki. 25 harcerek utonęło w jeziorze. Surowa odpowiedzialność czeka winnych katastrofy. Tragedia na jeziorze. Żałoba harcerzy – krzyczały nagłówki.
Dzienniki donosiły, że premier Józef Cyrankiewicz zarządził natychmiastowe wysłanie na miejsce wypadku specjalnej komisji ministerialnej, złożonej z przedstawicieli Ministerstwa Oświaty i Ministerstwa Bezpieczeństwa w celu ustalenia okoliczności katastrofy, pociągnięcia winnych do odpowiedzialności oraz wydania odpowiednich zarządzeń, które by mogły na przyszłość zapobiec podobnym wypadkom. Na miejsce przybyli m.in. władze Łodzi i starosta słupski Andrzej Przybylski, który kierował akcją. Na znak żałoby naczelnictwo ZHP zarządziło okrycie krepą krzyży harcerskich do 31 lipca.

W pierwszych dniach po tragedii gazety myliły nazwy, bo Ustka była Ustroniem, a jezioro Gardno Korbnem albo Gadnem, mylono liczbę, nazwiska, a nawet tożsamość ofiar, bo mieszkanka Gardny Wielkiej, występowała jako komendantka hufca, a bratanica nauczycielki jako jej dziecko. „Kurier Szczeciński” napisał wprost, że „pijany motorniczy winien śmierci 23 harcerek na jeziorze Gardno”, bo: „zaczął manipulować przy motorze, co wywołało takie zainteresowanie harcerek, że skupiły się przy lewej burcie łodzi. Motorówka przechyliła się. To samo stało się z drugą łodzią i obie łodzie przewróciły się. Zdołano uratować tylko 17 osób, w tym pijanego motorowego”. „Dziennik Łódzki” zawyrokował, że żona przewoźnika zauważyła, że motorówka nabiera wody. Wszczęła wśród dziewcząt popłoch, skacząc do jeziora, a harcerki poszły za jej przykładem.

Jednak w tym ogromnym zamieszaniu, gdy dostęp do telefonów był znacznie utrudniony, prasa drukowała nazwiska ofiar i tych dziewcząt, które ocalały, a także telegramy nadchodzące do redakcji od innych drużyn, żeby uspokoić przerażone rodziny innych harcerzy odpoczywających nie tylko nad morzem.

Pożegnania

Zarząd Miejski w Łodzi wziął na siebie wszystkie koszty pogrzebu i wysłał ciężarówki po zwłoki do Słupska. Sześć samochodów łódzkiej straży pożarnej przywiozło 23 ciała do Zgierza.

Pogrzeby miały się odbyć 22 i 23 lipca, ale termin został przyspieszony. Tak zdecydowała komisja medyczna ze względu na ponad 30-stopniowe upały. Nie przeprowadzono sekcji zwłok, ponieważ przyczyna śmierci była oczywista. Być może to przyspieszenie miało też przyczynę w obchodach święta lipcowego i bogaty ich program w Łodzi. Z zabaw jednak zrezygnowano, a w lokalach orkiestry miały grać spokojne melodie.

Tak więc na cmentarzu przy ulicy Ogrodowej uroczystości odbyły się już 21 lipca, a w „Dzienniku Łódzkim” z 22 lipca jednocześnie ukazały się zapowiedź ceremonii na ten dzień i relacja z pogrzebu w dniu wczorajszym. W bratniej, jak określano, mogile pochowano 17 harcerek. Następnego dnia pożegnano harcerki i dorosłe kobiety na innych cmentarzach. Główną ceremonię prowadził biskup Kazimierz Tomczak w asyście około 40 księży. Prasa donosiła, że przed nabożeństwem rodziny pożegnały się z dziećmi. Jednak według innych relacji pogrzeb zakłóciły fałszywe pogłoski, gdy ktoś wśród 25-tysięcznego tłumu żałobników powiedział, że trumny są puste. Otwarto je. Dziewczynki spoczywały w nich w białych koszulach.

W tym czasie drużynowa 18-letnia Teresa Sass i 17-letnia Jadwiga Maciaszek (prasa podawała Barbara Maciaszczyk) przebywały w słupskim szpitalu. W Księdze Głównej szpitala z 1948 roku jest zapis o pobycie Teresy na oddziale chirurgii od 19 do 22 lipca z powodu pourazowego zapalenia prawego stawu kolana i nieżytu krtani. Jadwiga była w szpitalu od 20 do 23 lipca. Przyczyny leczenia nie podano.

Śledztwo

Prokuratura sporządziła akt oskarżenia w błyskawicznym tempie, a początek procesu przed Sądem Okręgowym w Słupsku wyznaczono już na 30 sierpnia 1948 roku.

Na tydzień przed rozprawą „Dziennik Bałtycki” informował o ustaleniach śledztwa. Otóż odpowiedzialnym za administrowanie zespołu rybackiego, jakim jest Gardno, był Wacław Terlecki, pracownik Zarządu Państwowych Nieruchomości Ziemskich w Koszalinie. Do jego kompetencji należało m.in. dysponowanie łodziami rybackimi, stanowiącymi tabor pływający po jeziorze. W czerwcu Terlecki polecił ślusarzowi Józefowi Markiewiczowi wyremontowanie wydobytego z dna jeziora wraku łodzi motorowej i wmontowanie do niej motoru. Markiewicz do pomocy zaangażował rybaka - Wacława Rudnickiego. Jednak remont przeciągnął się do połowy lipca.

W tym czasie do Gardny Wielkiej przyjechały harcerki z Łodzi z kierowniczką Eugenią Leszewską, która z kolei zabrała na wakacje dwie bratanice w wieku 8 i 10 lat. Nauczycielkę interesowała przeprawa przez jezioro i zaplanowała wycieczkę do Rowów. Terlecki powiedział jej, że motorówka jest w naprawie, ale skierował do rybaka Rudnickiego. Ten zaoferował, że zabierze na dwie łodzie 40 osób i zażądał po 50 zł od osoby. 18 lipca harcerki czekały na brzegu od 7 rano, wmontowywanie motoru do łodzi szło opornie, pracę ukończono wreszcie około godziny 16.

Administrator Terlecki interesował się remontem łodzi motorowej i zjawił się na brzegu wraz z inspektorem rybołówstwa Stefanem Kosmulskim, by komisyjnie przejąć motorówkę. Do tego jednak nie doszło.

Tymczasem po południu motorówka szykowała się do rejsu. Doczepiono do niej łódź rybacką i ulokowano 45 osób w obu łodziach w ten sposób, że na motorówce zmieściło się 31 osób - 10 w kabinie, 21 poza kabiną, nawet na jej dachu. Do łodzi rybackiej wsiadło 14 osób. Natomiast dopuszczalne obciążenie według ustalenia biegłego wynosiło dla motorówki — 15 osób, a dla łodzi rybackiej 7 osób.

Gdy łodzie znajdowały się prawie na środku jeziora, motor przestał działać i motorówka zaczęła nabierać wody. Ktoś ją wylewał, ktoś pchał drągami łódź do brzegu. Nauczycielka zażądała, by wracać, ale jednocześnie poleciła harcerkom balansowanie łodzią w celu utrzymania równowagi. Powstał popłoch. Rozkołysana motorówka wywróciła się i pociągnęła za sobą łódź rybacką. Prawie wszyscy znaleźli się w wodzie pod łodziami.

Na pomoc pospieszyli siedmioma łodziami rybacy. Jednak z 45 osób uratowano tylko 20. O spowodowanie katastrofy zostali oskarżeni administrator Wacław Terlecki i rybak Wacław Rudnicki, którzy trafili do aresztu. Oskarżono również mechanika łodzi Józefa Markiewicza, ale nie odpowiadał przed sądem. Uciekł podczas przewożenia go do aresztu w Słupsku i przedostał się za granicę. Najprawdopodobniej dlatego, że z powodu swojej żołnierskiej przeszłości ukrywał się przed funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa pod fałszywym nazwiskiem Józefa Kowala.

Proces

30 sierpnia rozpoczął się proces. W małej sali sądowej panował ścisk. Publiczność mogła wejść na salę wyłącznie z kartami wstępu. Po godzinie 10 pojawili się sędziowie: przewodniczący - prezes SO Wiktor Polakiewicz oraz Tadeusz Wolski i Antoni Kaszewski. Oskarżał prokurator Antoni Świtalski.

Rybaka Wacława Rudnickiego bronił adwokat Michał Dulko ze Słupska. Obrońcą administratora Wacława Terleckiego był znany w palestrze Antoni Landau z Warszawy, obrońca m.in. w procesie brzeskim w 1931 roku przywódców antysanacyjnej opozycji, oraz Jan Wilemborek ze Słupska.

Prokurator zarzucił Wacławowi Rudnickiemu, że zabrał na motorówkę i przyczepioną do niej łódź rybacką dwukrotnie wyższą od dopuszczalnego obciążenia liczbę osób, że zezwolił na umieszczenie harcerek na dachu kabiny łodzi motorowej i wreszcie, że nie przeciwdziałał kołysaniu łodzią przez harcerki, czym spowodował nieumyślnie śmierć 25 osób. Wacław Terlecki oskarżony był o to, że jako administrator zespołu rybackiego nie zapobiegł przewiezieniu przez jezioro za dużej liczby osób w jednej łodzi oraz że zezwolił na zabranie dodatkowo jeszcze jednej łodzi rybackiej. Oskarżeni nie przyznali się do winy.

- Zwracałem uwagę na zbyt wielką ilość uczestniczek wycieczki. Dowoziłem je łodzią rybacką z brzegu do motorówki. Ostatnią partię harcerek przyczepiłem do motorówki. Sam wsiadłem do łodzi motorowej – wyjaśniał Rudnicki. - W krytycznym momencie znalazłem się również pod wodą, a po wypłynięciu wszedłem na wywrócone dno motorówki i ratowałem pływające w wodzie harcerki.

- Łódź motorowa miała być komisyjnie odebrana po wypróbowaniu jej i przeznaczona jako łódź ratownicza zespołu rybackiego jeziora Gardno. Rudnicki nie zwracał się do mnie o wypożyczenie dodatkowej łodzi. Do zgromadzonych na brzegu jeziora harcerek powiedziałem, żeby nie czekały, bo łódź nie jest wyremontowana i długo jeszcze potrwa, zanim to się stanie. Nie przypuszczałem w ogóle, że Rudnicki bez mojego zezwolenia powiezie wycieczkę - wyjaśniał Terlecki. - Na wiadomość o katastrofie natychmiast pospieszyłem na brzeg jeziora i organizowałem wespół z innymi akcję ratowniczą. W moich kompetencjach nie leżała kwestia bezpieczeństwa na jeziorze.

Wśród świadków pojawiła się drużynowa Teresa Sass, która w przejmujący sposób opisała tragedię. Sama znajdowała się w przyczepionej łodzi rybackiej, a po jej zatonięciu wypłynęła na powierzchnię wody i uczepiła się przewróconej motorówki, skąd ją uratowano. Harcerka obciążyła zbiegłego kierowcę łodzi motorowej Markiewicza. Z kolei 12-letnia Barbara Wacek twierdziła, że wołała o pomoc, wyciągając rękę do Rudnickiego, ale ten jej ręki nie podał i później wyciągnęła ją koleżanka.
Stanisława Chmielecka, która miała córkę na obozie, była razem z opiekunką Leszewską u administratora Terleckiego w niedzielę, 18 lipca, rano.

- Terlecki oświadczył, że motorówka jest gotowa, ale on nią nie dysponuje, więc mamy się udać do Rudnickiego – obciążała administratora jeziora. - Jechałam w motorówce na dachu kabiny.

Świadek Franciszek Sidor, komendant posterunku MO w Gardnie, z kolei opisał, jak zorganizował pomoc dla tonących na środku jeziora.

Obszerne zeznania złożył Stefan Kosmulski, inżynier rolny, który przybył krytycznej niedzieli do Gardny w sprawach inspekcyjnych i prawie cały czas był obecny przy Terleckim. - Słyszałem, jak Terlecki mówił do Rudnickiego, że o ile łódź motorowa będzie gotowa, ma go zawiadomić, a wtedy przeprowadzi się próbną jazdę – zeznał na korzyść Terleckiego.

30 sierpnia zeznawało jeszcze kilkunastu świadków.

- Byłem blisko utonięcia – powiedział uczeń Edward Boguszewski, który także dowoził harcerki z brzegu do motorówki. - Zostałem nieprzytomny wyłowiony z wody.

Natomiast według biegłego Czesława Kazubka, kapitana portu w Ustce, stan motorówki był dobry, ale samego motoru niezadowalający i dochodziła do niego woda. Biegły zwrócił uwagę na nadmierne obciążenie i wadliwie zbudowaną łódź rybacką oraz niewłaściwe zachowanie się pasażerów, którzy balansowali łodzią.
- Ważną jest okoliczność, że wyjście z kabiny było tylko na prawą stronę łodzi, przy opuszczaniu więc kabiny przez harcerki nastąpiło przechylenie na prawą stronę - stwierdził kapitan Kazubek. - Warunki atmosferyczne były dobre i nie mogły wpłynąć na statyczność łodzi.

Drugi biegły z Morskiego Urzędu Rybackiego z Darłowa wyjaśnił, że karta rybacka nie upoważnia do prowadzenia łodzi, a na nich z kolei nie można przewozić pasażerów.

Wyrok

31 sierpnia w mowach końcowych prokurator zażądał najwyższego wymiaru kary dla obu oskarżonych za zarzucane przestępstwo – po 5 lat więzienia. Obrońcy domagali się uniewinnienia. Narada trwała pięć i pół godziny. Sąd ogłosił wyrok o 19.50. Skazał Rudnickiego na 5 lat więzienia, a Terleckiego na 2 lata więzienia. Co ciekawe, wychodzącą z sali sądowej Stanisławę Chmielecką, która była świadkiem oskarżenia, jak donosił „Dziennik Bałtycki” „spotkała ze strony licznie zgromadzonej publiczności w korytarzu sądowym bardzo niemiła dla niej „owacja”.

Echa tragedii na jeziorze Gardno dotarły do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, bo prokurator żądał wyższej kary dla Terleckiego, a obrońcy uniewinnienia. 26 listopada 1948 roku sąd utrzymał karę 5 lat więzienia wobec Rudnickiego, a skazanego w Słupsku na 2 lata Terleckiego uniewinnił.

W 2009 roku w Gardnie Wielkiej odsłonięto pomnik, zaprojektowany przez słupskiego architekta Wiktora Janusza, upamiętniający ofiary. Ufundowali go parafianie oraz harcerze-seniorzy z Łodzi, dawni druhowie ofiar. Jedna z ofiar, 13-letnia Joasia Skwarczyńska, córka profesor Stefanii Skwarczyńskiej, jest patronką wielu drużyn harcerskich. Była patronką - nieistniejącej już szkoły w Gardnie Wielkiej. Koleżanki ofiar tamtego tragicznego lata przez całe życie zapalały świeczki na łódzkich mogiłach.
Bogumiła Rzeczkowska

One zginęły w katastrofie

Anna Bogdanowicz (l.13), Halina Broszkiewicz (l.13), Elżbieta Czernik (l.13), Teresa Czyżykowska (l.21), Anna Jaziewicz (l.14), Krystyna Jencz (l.13), Halina Kowal (l.19), żona mechanika wymieniana także jako Adelina lub Aldona Markiewicz, Aleksandra Kozłowska (l.15), Maria Kozłowska (lat 13), Elżbieta Leszewska (l.8), Eugenia Leszewska nauczycielka (l.37), Teresa Leszewska (l.10), Krystyna Milerowicz (l.12), Lidia Niepołomska (l.13), Zofia Pacuszka (l. 12), Halina Piecek (l.12), Irena Piecek (l.14), Joanna Skwarczyńska (l.13), Teresa Sokołowska (l.14), Barbara Szabłowska (l.14), Anna Ślisiewicz (l.14), Krystyna Walewska (l.14), Halina Wizner (l.13), Rozalia Zabłocka gospodyni z Gardny (l.42), Teresa Zapolska (l.15)

Bogumiła Rzeczkowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.