Wyrok w sprawie Gawłowskiego zatrzęsie polską polityką

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Szkocki
Mariusz Parkitny

Wyrok w sprawie Gawłowskiego zatrzęsie polską polityką

Mariusz Parkitny

Dla jednych to sprawa polityczna, dla drugich dowód na marną jakość rządów Platformy Obywatelskiej. Mowa o zbliżającym się finale procesu w aferze melioracyjnej. Głównym oskarżonym jest senator Stanisław Gawłowski, ówczesny poseł i wiceminister ochrony środowiska w koalicyjnym rządzie PO-PSL.

Sprawa jest wyjątkowa z kilku powodów. Oprócz polityków na ławie oskarżonych zasiadają urzędnicy, przedsiębiorcy, a nawet rodzina Stanisława Gawłowskiego. Większość nie przyznaje się do winy, ale są i tacy, którzy poszli na współpracę z prokuraturą, odsłaniając kulisy brzydkiej strony polityki.

Do zakończenia procesu zostały prawdopodobnie już tylko dwie rozprawy. Wszystko wskazuje na to, że wyrok zapadnie jeszcze przed wyborami parlamentarnymi i na nowo rozgrzeje scenę polityczną.

Strażnik

Zacznijmy od końca. W połowie stycznia były już strażnik więzienny aresztu w Szczecinie, Łukasz J., został prawomocnie skazany za wynoszenie informacji od Stanisława Gawłowskiego. Ówczesny poseł Platformy Obywatelskiej miał wtedy status aresztanta w związku z zarzutami w aferze melioracyjnej.

Łukasz J. został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, grzywnę i zakaz pełnienia funkcji strażnika więziennego przez cztery lata. Do winy się nie przyznał, choć nie ukrywał, że znał posła Gawłowskiego, a w przeszłości był działaczem młodzieżówki Platformy Obywatelskiej.

Przed sądem odpowiadał za niedopełnienie obowiązków i przekroczenie uprawnień. W tym za to, że nie poinformował przełożonych w areszcie, co było jego obowiązkiem, że znali się z Gawłowskim wcześniej.

Łukasz J. najpierw odwiedzał Gawłowskiego w celi, a potem przekazywał telefonicznie ważne informacje związane z aresztantem innym osobom, w tym żonie polityka.

Sprawa wyszła na jaw 30 maja 2019 r. rano, gdy agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego w Szczecinie zapukali do mieszkania dyrektora biura poselskiego posła Sławomira Nitrasa. Po przeszukaniu lokalu zabezpieczyli komputery i telefon asystenta. Dopiero wtedy okazało się, że wizyta służb dotyczy śledztwa, które trwa już rok pod nadzorem zachodniopomorskiego wydziału Prokuratury Krajowej. Tropy prowadziły właśnie do strażnika J. i Stanisława Gawłowskiego.

Afera melioracyjna

Powodem osadzenia Stanisława Gawłowskiego w areszcie było wielowątkowe śledztwo w tzw. aferze melioracyjnej, rozpoczęte jeszcze w 2014 r. Polityk trafił do celi w połowie kwietnia 2018 r. Przebywał w areszcie do połowy lipca 2018 r. Wyszedł na wolność po wpłaceniu pół miliona złotych kaucji.

Jest oskarżony o siedem przestępstw, w tym korupcyjne. Według prokuratury przyjął jako łapówki co najmniej 733 tysiące złotych w gotówce, a także dwa zegarki o łącznej wartości prawie 26 tysięcy złotych i nieruchomość w Chorwacji.

Ponadto zarzuty dotyczą nakłaniania do wręczenia łapówki w wysokości co najmniej 200 tysięcy złotych, ujawnienia informacji niejawnej, plagiatu pracy doktorskiej, prania brudnych pieniędzy. Akt oskarżenia ma 1100 stron. Obejmuje 32 osoby i 94 zarzuty.

Dotychczas w sprawie afery melioracyjnej zapadło sześć wyroków. Łącznie skazanych zostało kilkanaście osób.

- Jestem niewinny, prokuratura o tym wie i ma na to dowody, ale woli robić z tego sprawę polityczną - powtarza Stanisław Gawłowski.

Współoskarżeni

Spośród kilkudziesięciu oskarżonych w aferze melioracyjnej jest kilka osób, które wymagają poświęcenia im dodatkowej uwagi.

Mechanizm przestępczy w tej skomplikowanej sprawie polegał na ustawianiu przetargów organizowanych przez nieistniejący już Zachodniopomorski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Szczecinie. Na jego czele przez wiele lat stał Tomasz P., działacz PSL, a potem PO. Według prokuratury pomagał wygrywać przetargi znajomym przedsiębiorcom. Przyznał się do przyjęcia kilkuset tysięcy złotych łapówek, ale nie gardził nawet węgorzami, które prokuratura także potraktowała jako wziątki. Gdy trafił do aresztu, poszedł na układ z prokuraturą w zamian za nadzwyczajne złagodzenie kary. Obciążył Gawłowskiego.

Krzysztof B., przedsiębiorca z Darłowa, i, jak twierdzi Gawłowski, były działacz PiS, kandydat na wójta Darłowa. Wygrywał przetargi na prace melioracyjne, bo Tomasz P., ujawniał mu ich szczegóły. B. miał skorumpować Tomasza P. (200 tys. zł za przychylność przy przetargach) oraz Stanisława Gawłowskiego.

Przy Krzysztofie B. zatrzymamy się dłużej, bo jest dla prokuratury jednym z najważniejszych świadków.

- Łącznie dałem Gawłowskiemu 400 tysięcy złotych. Mówił, że potrzebuje pieniędzy na kampanię wyborczą, a ja sobie odbiję, gdy zacznę wygrywać przetargi. Ja to zrozumiałem tak, że chce ode mnie pieniędzy. Dałem mu za pierwszym razem około 170 tysięcy złotych. Pieniądze przekazałem mu w jego domu. To była łapówka, żebym mógł wziąć udział w przetargach melioracyjnych - mówił.

Według niego Gawłowski chciał, aby wspomniany Tomasz P., szef melioracji, też „nie był pokrzywdzony”.

- Chodziło o to, aby Tomasz P. otrzymywał dwa lub trzy procent wartości każdego przetargu - oskarżał Krzysztof B.

Obrońcy Gawłowskiego zwracają uwagę, że B. zaczął obciążać obecnego senatora dopiero dwa lata po zatrzymaniu, gdy do władzy doszedł PiS.

Ten z kolei tłumaczy to tak:

- Gdy władza się zmieniła, przestałem się bać o swoje życie, bo Gawłowski mnie do wielu rzeczy przymuszał. On się mścił na ludziach, z którymi był skonfliktowany. Mówił, że nasyła na nich kontrole.

Krzysztof B. podał konkretny przykład potwierdzający, że jego obawy były uzasadnione.

- Kiedyś Gawłowski powiedział, że pewien sportowiec, który miał go obrażać, źle skończy. Potem ten sportowiec został ciężko pobity i chyba nawet umarł - zeznał w śledztwie Krzysztof B.

Podtrzymał to twierdzenie również w sądzie. Słysząc to, Stanisław Gawłowski tylko się uśmiechnął.

Krzysztof B. przyznawał jednak, że do czasu zatrzymania relacje z Gawłowskim miał dobre. Weekendy spędzali na skuterach wodnych, bo B. prowadził w Darłowie wypożyczalnię sprzętu wodnego.

Kolejny oskarżony to Bogdan K., przedsiębiorca z Kołobrzegu. Dawny dobry znajomy Gawłowskiego. To on miał sprezentować ówczesnemu posłowi apartament w Chorwacji, który potem przynajmniej formalnie stał się własnością teściów pasierba Gawłowskiego.

Pieniądze

Prokuratura ustaliła, że wygrywający przetargi przedsiębiorca - za radą ówczesnego wiceministra Stanisława Gawłowskiego - wręczał osobom decydującym o wynikach przetargów łapówki w wysokości 2-3 proc. wartości kontraktów. Jeden z nich, dotyczący modernizacji i odbudowy brzegów morskich oraz ochrony Mierzei Jamneńskiej, opiewał na prawie 21 milionów złotych. Kwoty łapówek sięgały kilkuset tysięcy złotych.

Apartament w Chorwacji

Według aktu oskarżenia Gawłowski w związku z pełnioną w rządach PO-PSL funkcją sekretarza stanu przyjął od Bogdana K. co najmniej 302 tysiące 446 złotych. W zamian miał mu oferować przychylność, poparcie i pomoc w kontaktach w zakresie prowadzonej przez niego działalności gospodarczej, w tym w kontaktach z przedstawicielami melioracji.

Zdaniem prokuratury na przełomie sierpnia i września 2011 roku Gawłowski przyjął od Bogdana K. 100 tysięcy złotych oraz jako łapówkę apartament w Chorwacji o wartości 48 tysięcy 432 euro (nie mniej niż 202 tysiące 446 złotych).

We wrześniu 2014 roku Gawłowski z innymi osobami miał zorganizować pozorną umowę sprzedaży tej nieruchomości. Dokumenty dotyczące jej zakupu zostały znalezione w grudniu 2017 roku w trakcie przeszukania jego domu. Formalnie właścicielami nieruchomości byli teściowie pasierba Gawłowskiego, którzy też zasiedli na ławie oskarżonych. Nie przyznają się do winy. Odmówili składania wyjaśnień.

Zegarki

Na ławie oskarżonych zasiada też 68-letni Mieczysław O., były szef Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Według prokuratury nakłaniał swojego podwładnego, Łukasza L., aby skorumpował Gawłowskiego luksusowymi zegarkami. Dzięki temu Łukasz L. miał ocalić stanowisko w IMGW, a Mieczysław O. dostać poparcie w światowej organizacji meteorologicznej.

Stanisław Gawłowski jako wiceminister środowiska w latach 2007-2015 nadzorował IMGW. Mieczysław O. twierdzi, że mieli dobre relacje, także poza gabinetami.

- Spotykaliśmy się na gruncie prywatnym. Nasze żony też się znały. Kilka razy odwiedziliśmy się w domach, byliśmy wspólnie na sylwestrze i wyjeździe zagranicznym. Minister pod względem zawodowym był profesjonalistą. Potrafił mnie skarcić, gdy trzeba było - mówił Mieczysław O.

Sprawa wybuchła, gdy kilka lat temu ABW zatrzymała Łukasza L. Wtedy ujawnił, że w 2011 lub 2012 r. wręczył dwa luksusowe zegarki Gawłowskiemu, a podżegać do korupcji miał jego szef, czyli Mieczysław O. To on miał doradzić podwładnemu, że najbezpieczniej będzie przekazać zegarki do sekretariatu Gawłowskiego w firmowej torbie IMGW i przez służbowego kierowcę.

Gawłowski zaprzecza, że zegarki dostał. Na dowód pokazywał zdjęcie Mieczysława O. z 2013 r., na którym dyrektor widnieje z zegarkiem identycznym jak ten, który miał otrzymać Gawłowski.

- Widziałem to zdjęcie w internecie. Ten zegarek, co mam tam na ręce, to podróbka - odpowiada Mieczysław O.

Twierdzi, że temat zegarków zaczął się wtedy, kiedy w internetowej sieci pojawił się film z imprezy pod patronatem IMGW. Na nagraniu widać skąpo ubrane modelki. To zdenerwowało urzędników z ministerstwa środowiska.

- Od tego czasu Gawłowski zaczął nastawać, abym zwolnił Łukasza, bo to on był odpowiedzialny za promocję w IMGW - twierdzi Mieczysław O.

Nie zaprzecza, że zasugerował podwładnemu, aby kupił zegarek dla Gawłowskiego, bo to mogło ministra udobruchać.

- Zawsze, jak rozmawiałem z ministrem Gawłowskim o Łukaszu, to temat schodził na to, że pan minister lubi zegarki dwóch firm. To był dla mnie sygnał, że taki zegarek może chcieć. Ale nigdy nie mówił o tym wprost. Gdy kiedyś Łukasz zapytał mnie, co ma zrobić, aby nie stracić pracy, to odpowiedziałem od niechcenia, żeby kupił zegarek. Nie sądziłem, że się na to zdobędzie. On kupił dwa. Potem minister pokazał mi jeden i wyglądał na zadowolonego. Odebrałem to tak, że prezent mu się spodobał - twierdzi Mieczysław O.

* * *

Stanisław Gawłowski jest obecnie senatorem niezależnym. Po wybuchu afery melioracyjnej i zarzutach nie startował już z list Platformy Obywatelskiej. W procesie odpowiada z wolnej stopy. Wynajął znanych adwokatów. Grozi mu nawet 12 lat więzienia.

Mariusz Parkitny

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.