Zagrały w "Twarzy" Szumowskiej. - Ten film to nie nasze życie - mówią

Czytaj dalej
Aleksandra Suława

Zagrały w "Twarzy" Szumowskiej. - Ten film to nie nasze życie - mówią

Aleksandra Suława

Zdaniem krytyków „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej to grubą kreską nakreślona karykatura polskiej wsi. Tymczasem sami portretowani podchodzą do filmu ze spokojem. Z własnego doświadczenia wiedzą, że kina z życiem nie wolno mylić.

W małopolskim Rożnowie „Twarz” to nienowy temat - w marcu minęły dwa lata, odkąd na słupach zawisły plakaty ogłaszające „nabór statystów do nowego filmu w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej”. Kto przeoczył anons, ten mógł usłyszeć, jak ksiądz mówi o castingu w ogłoszeniach duszpasterskich. I chyba mówił nie on jeden i nie tylko w Rożnowie, bo do Wiejskiego Domu Kultury przyjechali ludzie i z Tarnowa, i z Sącza, i z Bielska Białej….

- Tłumy były - wspomina Lucyna Zelek (statystowała w jednej ze scen w kościele). - Nikt nic nie wiedział: czy to komedia, czy dramat, czy horror? Że film pani Szumowskiej? Może to wstyd, ale wcześniej nie znałam jej nazwiska. Kojarzę reżyserów: Zanussiego, Holland, Machulskiego, ale jej nie znałam, zresztą nie każdy musi się orientować w filmie - opowiada Barbara Słowińska (również grała w kościele). - Casting trwał cały dzień, a my przyszliśmy z dzieciakami na sam koniec, zaraz przed piątą godziną, weszli strażacy, w mundurach, potem my, a potem już pani powiedziała, że koniec na dzisiaj i reszcie bardzo dziękuje. I że zadzwonią.

„Szumowska miast narzędzi reżyserskich używała siekiery, kilofa i młota” - Krzysztof Varga, Duży Format

Zadzwonili za miesiąc. Angaż można było dostać rozmaity: na scenę z promem kursującym po Jeziorze Rożnowskim, na komunię, do autobusu, albo do kościoła (tu w dwóch wariantach: na zwykłą mszę lub na pasterkę). - Nadal nikt nie wiedział, co właściwie kręcimy - śmieje się Agnieszka Kwaśniewska (jej córeczka, Natalia, zagrała bratanicę głównego bohatera). - Podpytywaliśmy aktorów, ekipę i tak po troszeczku wyciągnęliśmy od nich, że chodzi o historię mężczyzny, któremu przeszczepiono twarz.

Na planie było dużo śmiechu i dużo czekania. Śmiechu - ze strojów, bo nikt się przecież w takie bazarowe ciuchy na co dzień nie ubiera, czekania - na swoją kolej. - Nigdy bym nie pomyślała, że na planie trzeba tyle czekać. Zawsze mi się wydawało, że zawód aktora to jest łatwy kawałek chleba: wchodzą, grają i pieniądze biorą. A tu stres. Akcja i powtórka, akcja i powtórka i niby dobrze, ale jednak nie, znów do ławki i znów powtórka. Statystowało nas kilkanaście osób, ale wszyscy czuliśmy odpowiedzialność - mówi Józefa Matras. - Aktorów było żal. Nie znałam ich, bo kojarzę raczej takich telewizyjnych, ale aż podziw brał, ile oni się narobili. Tak ich ta pani reżyserka goniła.

- Najwięcej zabawy mieliśmy na komunii. Wystawnej bardzo: z karetą, orkiestrą, wódką... u nas na wsi są przyjęcia, ale na pewno nie na taką skalę i bez alkoholu - zastrzega Agnieszka. - Ale na planie dzieciaki dokazywały: jeden nie będzie tańczył z drugą, trzeci się zgubił, czwarty poszedł w piłkarzyki grać. Aż się niebo zasnuło i jak nie zagrzmi… Śmialiśmy się, że to na panią reżyserkę, że takie sceny pod kościołem odgrywamy.

Proboszcz, Andrzej Piórek, sceny skomentować nie może. Filmu nie widział, recenzji nie czytał, mało chodzi do kina. Zapewnia tylko, że wszystko odbyło się przepisowo - kuria wyraziła zgodę na zdjęcia, po uprzedniej lekturze scenariusza. Wie za to od organisty, że łatwo nie było: - Przez cztery godziny „Bóg się rodzi” latem grać? Oszaleć można - wspomina duszpasterz.

A kilkanaście kilometrów dalej, na górce w Tabaszowej, ekipa zmontowała gigantyczny pomnik Chrystusa. - Stał na górze taki ogromny. Aż dziwnie mieć takiego kolosa w okolicy - mówi Agnieszka.

„A wszystko jest nudne, przewidywalne od początku do końca. No, ale berlińskie festiwalowe elity są zachwycone…” - minister kultury, Piotr Gliński

Zdjęcia trwały przez całe lato. A potem było czekanie. - Pan Krzysztof, taki który śmiał się, że do sceny z komunią pierwszy raz w życiu garnitur założył, ile razy mnie spotkał, tyle razy pytał, kiedy idziemy na premierę. Sprawdzałam w internecie regularnie, ale długo nie było żadnych informacji - mówi Agnieszka. - Aż kiedyś zobaczyłam na pasku w telewizji, że Srebrny Niedźwiedź w Berlinie dla „Twarzy” Szumowskiej. Nasz film! - podkreśla z dumą Lucyna. - We wsi żartowali, że teraz to do Hollywood pojedziemy.

Do Krakowa na premierę pojechała tylko Agnieszka - dostała zaproszenie, bo córka znalazła się w głównej obsadzie. - Zaproszenie było dwuosobowe więc zabrałam przyjaciółkę, też statystkę. Naszykowałyśmy się: ona do fryzjera, ja pięć sukienek, myślałam, że jak premiera to premiera - będzie wystawnie, potem może jakiś bankiet? - śmieje się. - Dobrze, że coś mnie tknęło i zadzwoniłam do pana z agencji castingowej, który się nami zajmował. A on: „Dziewczyny nie wygłupiajcie się! W jeansach i trampkach idźcie”. Poszłyśmy i było dobrze. Chociaż spodziewałam się, że pojawi się więcej gwiazd. Nie przyjechała pani Szumowska, pan Englert, byli za to Mateusz Kościukiewicz i Gosia Gorol. Mateusz mnie pamiętał, pytał jak Natalia. Powiedziałam, że dobrze, rośnie, ale mówi, że aktorką nie chce być.

Film Agnieszce się podobał, piękne zdjęcia, dobrze dobrana muzyka. W kinie dużo się śmiała i liczyła sceny z Natalką. Wyszło pięć. - Poza tym niewiele nas było widać: Józia w kościele, syn Basi na komunii, Lucyna na mszy, Grażynka na promie... - komentuje.

- Córka po tej premierze wrzuciła na Facebooka zdjęcia z czerwonego dywanu. Dawno niewidziani znajomi ze szkoły zaczęli dzwonić do niej i pytać: To ty teraz gwiazda jesteś? Uśmiałyśmy się - opowiada Józefa.

„Jej film to karykatura prowincjonalnej Polski. Nieprawdziwa i kreślona z poczuciem klasowej wyższości” - Bartosz Staszczyszyn, culture.pl

W Sokole w Nowym Sączu (kino położone najbliżej Rożnowa) w premierowy weekend „Twarz” obejrzała się rekordowo. - Dwustu widzów, a dla niektórych brakło miejsc. Początkowo chcieliśmy grać film przez jeden tydzień, ale już widać, że to zdecydowanie za krótko - mówi dyrektorka kina, Diana Kamykowska. - Swoje zrobiła i nagroda w Berlinie, i lokalny kontekst, ludzie przychodzą, żeby zobaczyć swoje okolice.

Według pracującej w kinie Marty Witek, ten obraz wywołuje w mieszkańcach Sądecczyzny raczej melancholię niż oburzenie. - Ludzie wychodzą zamyśleni, bo też ten film skłania do refleksji - mówi. - Dla mnie to było wzruszające - zobaczyć znane od dziecka krajobrazy na dużym ekranie: przystanek, który mijałam wracając ze studiów do domu, jezioro, kościół. To kino trudne, wymagające, ale raczej nikt nie odbiera go personalnie - tu przecież nie chodzi o miejscowość czy jakieś konkretne środowisko, ale o uniwersalne problemy.

W Rożnowie, poza Agnieszką, film na razie mało kto widział. - Znajomi widzieli i nie mają dobrego zdania, mówią, że jest za dużo przekleństw, krzyków, radzą, żeby nie brać dzieci. - Mąż nie chce iść, poczeka aż w telewizji będzie leciało - mówi Barbara. - Czytaliśmy recenzje: głosy są podzielone, jedni mówią, że jest bardzo fajnie, drudzy - że Polska w krzywym zwierciadle, że najazd na kościół - dodaje Lucyna.

- Kilka dni temu oglądałam wywiad z panią Szumowską, tłumaczyła, że właśnie na tym jej zależało: na skłonieniu Polaków do dyskusji - mówi Agnieszka. - A czy ten film to krzywe zwierciadło? Nie wiem… Przecież takich ludzi nie brakuje: pijących, nietolerancyjnych… Nie wiem, co by się stało, gdyby do takiego wypadku doszło w Rożnowie. Pewnie to samo, co w filmie - połowa zaakceptowałaby nową twarz sąsiada, a druga połowa by go odrzuciła.

- Jak nie więcej. Kiedy mój wujek miał wypadek, to też mówili, że to jego wina, że jakby nie jechał jak wariat, to by się nic nie stało. Wszyscy mądrzejsi, krytykują, oceniają, a nie wiedzą, jaka jest prawda - dodaje Józefa.

- Historia z „Twarzy” mogłaby zostać nakręcona w każdej okolicy. Zrealizowano ją tutaj, bo mamy piękny kościół, jezioro, a nie dlatego, że w Rożnowie mieszka jakiś szczególny rodzaj ludzi - podsumowuje Agnieszka. - Wielkiego doświadczenia w filmie nie mam, ale po tym, co widziałam, to wiem, że nie można kina z życiem mylić.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Głosu Pomorza.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Głosu Pomorza
  • codzienne e-wydanie Głosu Pomorza
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Aleksandra Suława

Reporterka Działu Kultury "Dziennika Polskiego" i "Gazety Krakowskiej".

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gp24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.